Prezentacja Pisma
› 12. Cogito
Z życia: W gości po świecie
redakcja
- artukuł dodany
2008-07-03 10:47
1
496
Kiedy wybierali na Opener’s Festival, znajomi zaczęli lekko panikować, że wszystkie hostele zajęte i nie ma noclegów. „Jak to nie ma?” – zdziwiła się Ela – „Przecież tylu ludzi mieszka w Gdyni...”. Od kiedy zaczniesz swą przygodę z Hospitality Club, pewne problemy przestają dla ciebie istnieć.
Agata Sikora
Każdy wie o co chodzi w wymianie uczniowskiej: jedziesz do obcego kraju, mieszkasz u rodziny, zwiedzasz, uczysz się języka. Potem twój gospodarz gości u ciebie, a ty pokazujesz mu najfajniejsze knajpy, zabierasz na imprezę i wzbogacasz jego polszczyznę o parę klasycznych podrywowych tekstów. Jednym słowem: chodzi o poznanie ludzi i uczestnictwo w ich codziennym życiu.
A spróbuj wyobrazić sobie coś na kształt "wymiany prywatnej" – organizowanej niezależnie i nieograniczonej do układu dwustronnego. Przecież w dzisiejszych czasach wystarczy komputer, łącze i podstawowa znajomość angielskiego, by być w kontakcie z ludźmi z całego świata. Jeśli więc wybierasz się, dajmy na to, do Francji, to może fajnie pomieszkać u jednego z 28 409 Francuzów, którzy zadeklarowali chęć udzielenia gościny. Odwdzięczysz się innym razem: kiedy będący przejazdem Litwin będzie chciał przenocować w Gdańsku, bądź Hiszpan będzie potrzebował przewodnika po mieście. Wystarczy, że zostaniesz członkiem Hospitality Club (HC) – społecznościowego portalu, który pozwala skontaktować się gościom i gospodarzom z całego świata http://www.hospitalityclub.org.
Wolność od turystycznych schematów
- Na początku do było dla mnie nieprawdopodobne, że takie coś może funkcjonować – opowiada Ela. – O klubie dowiedziałam się trzy lata temu, w Szwecji, kiedy siedziałam w środku lasu na erazmusowej wymianie. Wkręciła mnie w to koleżanka z Czech. Razem zrobiłyśmy wypad do Norwegii, a potem wracałyśmy do naszych domów nieco naokoło – przez Helsinki. Ja od razu zahaczyłam jeszcze, już na własną rękę, o Tallin i Rygę.
Ela przyjmuje mnie w duchu hospitality – wystarczył jeden telefon od wspólnej koleżanki, by zaprosiła mnie do swojej kawalerki. Po pięciu minutach, zagryzając suszone banany, rozmawiamy jak stare znajome.
- Dzięki Hospitality nie pozostajesz na powierzchni miasta – relacjonuje. – Tak dla przykładu: dokładnie rok temu byłam na projekcie w Rzymie. Dwa dni miałam opłacone: noclegi w centrum, jedzenie itd. No fajnie, ale trudno powiedzieć, żebym zobaczyła coś poza zabytkami. I potem zamieszkałam u kolegi z HC, przy ostatniej stacji metra. I dopiero wtedy dowiedziałam się, że po najwspanialsze na świecie wino chodzi się z plastikową butelką do pobliskiego sklepu, w której piekarni sprzedają przepyszne croissanty i że żona piekarza jest Polką. Jak mieszkasz u kogoś w domu, nie jesteś ograniczony do folderowych, turystycznych miejsc: widzisz jak wygląda takie zwykłe, codzienne życie.
W HC chodzi właśnie o coś więcej, niż tylko ułatwianie życia turystom. W zamyśle twórców klub ma pozwolić ludziom z różnych kultur na wzajemne poznanie się. Jak podkreślają autorzy strony, to może niezbyt efektowna, może nie najważniejsza, ale zdecydowanie jedna z przyjemniejszych form budowania pokoju na świecie.
Dlatego w ramach HC wszystko jest bezpłatne: zarówno noclegi, jak i samo członkostwo. Nie przeszkadza też, jeśli nie masz lokum do przyjęcia gości – zawsze możesz służyć im za przewodnika czy pomóc w inny sposób. Nie jesteś również zobowiązany do zajmowania się kimkolwiek – jeśli nie masz czasu czy ochoty, po prostu odmawiasz. Tu wszystko opiera się na życzliwości i dobrej woli.
- Jak raz spróbujesz, to wpadasz w nałóg – śmieje się Ela. – Bo Hospitality przywraca wiarę w ludzi.
A nawet więcej: gościnność obcych osób czasem może naprawdę zaskoczyć.
Banalne problemy z nieznajomością chińskiego
Janek na trzecim roku studiów informatycznych wziął dziekankę, by wraz z kolegami powłóczyć się trochę po Azji. Do Indii trafił w trzecim miesiącu podróży. Wcześniej widział już niejedne slumsy i niejedno wielomilionowe miasto... ale Kalkuta i tak go zszokowała.
- Tam było strasznie masakrycznie. Cały czas szaro od smogu – czułeś się jak w horrorze. Do tego żebracy, riksze, śmieci, na każdym kroku ludzie chcą cię oszukać... W końcu znaleźliśmy jakiś guestehouse, ale był tak straszliwie syfny, że nie wyrabialiśmy już po pierwszym dniu. Zadzwoniliśmy wtedy do gościa z Hospitality. A on przyjechał do nas pod hotel i zabrał do siebie. To był jakiś bogaty hinduski biznesmen. Mieliśmy cały dom do własnej dyspozycji – z huśtawką i tarasem. Tylko nasz gospodarz był bardzo zapracowany i nie miał czasu, żeby z nami pogadać.
Zupełnie odwrotnie niż młodzi Chińczycy.
- Oni zazwyczaj nie mogli nas nocować, ale za to bezinteresownie nam pomagali. Czasem chodziło o sprawy prozaiczne: jak dojechać, gdzie kupić namiot, czy filmy do aparatu. Brzmi banalnie, ale bardzo łatwo się nie znajduje takich rzeczy, jak się nie zna chińskiego – podkreśla nieco ironicznie Janek. – A druga kwestia to było wciąganie nas w jakieś relacje w towarzyskie. Gdy jesteś w długiej podróży, w obcym kulturowo świecie, taki kontakt bardzo dużo daje.
Najbardziej zaprzyjaźnili się z Lee, studentem politechniki w Hangzhou, który akurat załatwił im nocleg... w gabinecie znajomego pracownika uczelni. Chłopcy musieli więc zwijać się codziennie przed ósmą i wracać późnym wieczorem po zakończeniu zajęć. Poza tym Lee oprowadzał ich po mieście, a potem pomógł ściągnąć mapy potrzebne do organizacji slajdowiska. Mailowy kontakt podtrzymują do dziś.
- Ludzie z Azji, którzy zapisywali się do Hospitality robili to przez ciekawość, żeby poznać ludzi z innego świata – opowiada Janek. – Dla nich ty też jesteś okazem.
Bo bycie gospodarzem też ma swoje uroki.
Więcej na ten temat przeczytacie w 12. Cogito
Agata Sikora
Każdy wie o co chodzi w wymianie uczniowskiej: jedziesz do obcego kraju, mieszkasz u rodziny, zwiedzasz, uczysz się języka. Potem twój gospodarz gości u ciebie, a ty pokazujesz mu najfajniejsze knajpy, zabierasz na imprezę i wzbogacasz jego polszczyznę o parę klasycznych podrywowych tekstów. Jednym słowem: chodzi o poznanie ludzi i uczestnictwo w ich codziennym życiu.
A spróbuj wyobrazić sobie coś na kształt "wymiany prywatnej" – organizowanej niezależnie i nieograniczonej do układu dwustronnego. Przecież w dzisiejszych czasach wystarczy komputer, łącze i podstawowa znajomość angielskiego, by być w kontakcie z ludźmi z całego świata. Jeśli więc wybierasz się, dajmy na to, do Francji, to może fajnie pomieszkać u jednego z 28 409 Francuzów, którzy zadeklarowali chęć udzielenia gościny. Odwdzięczysz się innym razem: kiedy będący przejazdem Litwin będzie chciał przenocować w Gdańsku, bądź Hiszpan będzie potrzebował przewodnika po mieście. Wystarczy, że zostaniesz członkiem Hospitality Club (HC) – społecznościowego portalu, który pozwala skontaktować się gościom i gospodarzom z całego świata http://www.hospitalityclub.org.
Wolność od turystycznych schematów
- Na początku do było dla mnie nieprawdopodobne, że takie coś może funkcjonować – opowiada Ela. – O klubie dowiedziałam się trzy lata temu, w Szwecji, kiedy siedziałam w środku lasu na erazmusowej wymianie. Wkręciła mnie w to koleżanka z Czech. Razem zrobiłyśmy wypad do Norwegii, a potem wracałyśmy do naszych domów nieco naokoło – przez Helsinki. Ja od razu zahaczyłam jeszcze, już na własną rękę, o Tallin i Rygę.
Ela przyjmuje mnie w duchu hospitality – wystarczył jeden telefon od wspólnej koleżanki, by zaprosiła mnie do swojej kawalerki. Po pięciu minutach, zagryzając suszone banany, rozmawiamy jak stare znajome.
- Dzięki Hospitality nie pozostajesz na powierzchni miasta – relacjonuje. – Tak dla przykładu: dokładnie rok temu byłam na projekcie w Rzymie. Dwa dni miałam opłacone: noclegi w centrum, jedzenie itd. No fajnie, ale trudno powiedzieć, żebym zobaczyła coś poza zabytkami. I potem zamieszkałam u kolegi z HC, przy ostatniej stacji metra. I dopiero wtedy dowiedziałam się, że po najwspanialsze na świecie wino chodzi się z plastikową butelką do pobliskiego sklepu, w której piekarni sprzedają przepyszne croissanty i że żona piekarza jest Polką. Jak mieszkasz u kogoś w domu, nie jesteś ograniczony do folderowych, turystycznych miejsc: widzisz jak wygląda takie zwykłe, codzienne życie.
W HC chodzi właśnie o coś więcej, niż tylko ułatwianie życia turystom. W zamyśle twórców klub ma pozwolić ludziom z różnych kultur na wzajemne poznanie się. Jak podkreślają autorzy strony, to może niezbyt efektowna, może nie najważniejsza, ale zdecydowanie jedna z przyjemniejszych form budowania pokoju na świecie.
Dlatego w ramach HC wszystko jest bezpłatne: zarówno noclegi, jak i samo członkostwo. Nie przeszkadza też, jeśli nie masz lokum do przyjęcia gości – zawsze możesz służyć im za przewodnika czy pomóc w inny sposób. Nie jesteś również zobowiązany do zajmowania się kimkolwiek – jeśli nie masz czasu czy ochoty, po prostu odmawiasz. Tu wszystko opiera się na życzliwości i dobrej woli.
- Jak raz spróbujesz, to wpadasz w nałóg – śmieje się Ela. – Bo Hospitality przywraca wiarę w ludzi.
A nawet więcej: gościnność obcych osób czasem może naprawdę zaskoczyć.
Banalne problemy z nieznajomością chińskiego
Janek na trzecim roku studiów informatycznych wziął dziekankę, by wraz z kolegami powłóczyć się trochę po Azji. Do Indii trafił w trzecim miesiącu podróży. Wcześniej widział już niejedne slumsy i niejedno wielomilionowe miasto... ale Kalkuta i tak go zszokowała.
- Tam było strasznie masakrycznie. Cały czas szaro od smogu – czułeś się jak w horrorze. Do tego żebracy, riksze, śmieci, na każdym kroku ludzie chcą cię oszukać... W końcu znaleźliśmy jakiś guestehouse, ale był tak straszliwie syfny, że nie wyrabialiśmy już po pierwszym dniu. Zadzwoniliśmy wtedy do gościa z Hospitality. A on przyjechał do nas pod hotel i zabrał do siebie. To był jakiś bogaty hinduski biznesmen. Mieliśmy cały dom do własnej dyspozycji – z huśtawką i tarasem. Tylko nasz gospodarz był bardzo zapracowany i nie miał czasu, żeby z nami pogadać.
Zupełnie odwrotnie niż młodzi Chińczycy.
- Oni zazwyczaj nie mogli nas nocować, ale za to bezinteresownie nam pomagali. Czasem chodziło o sprawy prozaiczne: jak dojechać, gdzie kupić namiot, czy filmy do aparatu. Brzmi banalnie, ale bardzo łatwo się nie znajduje takich rzeczy, jak się nie zna chińskiego – podkreśla nieco ironicznie Janek. – A druga kwestia to było wciąganie nas w jakieś relacje w towarzyskie. Gdy jesteś w długiej podróży, w obcym kulturowo świecie, taki kontakt bardzo dużo daje.
Najbardziej zaprzyjaźnili się z Lee, studentem politechniki w Hangzhou, który akurat załatwił im nocleg... w gabinecie znajomego pracownika uczelni. Chłopcy musieli więc zwijać się codziennie przed ósmą i wracać późnym wieczorem po zakończeniu zajęć. Poza tym Lee oprowadzał ich po mieście, a potem pomógł ściągnąć mapy potrzebne do organizacji slajdowiska. Mailowy kontakt podtrzymują do dziś.
- Ludzie z Azji, którzy zapisywali się do Hospitality robili to przez ciekawość, żeby poznać ludzi z innego świata – opowiada Janek. – Dla nich ty też jesteś okazem.
Bo bycie gospodarzem też ma swoje uroki.
Więcej na ten temat przeczytacie w 12. Cogito















