Prezentacja Pisma
› 7. Cogito od 3 kwietnia
Mistrz i uczeń: Janina Ochojska
redakcja
- artukuł dodany
2008-04-03 13:16
1
2250
Najważniejsze to umieć czytać znaki na swojej drodze. Spotkanie z Janiną Ochojską, astronomem, Szefową Polskiej Akcji Humanitarnej, Kobietą Europy, według rankingów także jedną z najbardziej wpływowych kobiet na świecie.
Artur Maciak
Janina Ochojska ? w 1992 roku zorganizowała konwój polskiej pomocy dla byłej Jugosławii, dwa lata później założyła Polską Akcję Humanitarną, którą kieruje do dziś.
Studiowała astronomię na Uniwersytecie Mikołaja Kopernika w Toruniu. Była pracownikiem naukowym Pracowni Astrofizyki Polskiej Akademii Nauk w Centrum Astronomicznym im. Mikołaja Kopernika w Toruniu.
Jest laureatką wielu krajowych i zagranicznych nagród ? otrzymała m.in. tytuł Kawalera Legii Honorowej, Kobiety Europy (1994), nagrodę Pax Christi International Peace Award, medal św. Jerzego przyznany przez ?Tygodnik Powszechny?. Według rankingu ?Polityki?, zajmowała w 2004 roku siódmą pozycję wśród najbardziej wpływowych kobiet w Polsce.
Mając naście lat marzyła pani, żeby zostać...
- Astronomem. Pamiętam dokładnie ten moment. Leżałam w szpitalu po operacji kręgosłupa, od lekarza dostałam książkę ?Obrazy nieba? Jana Gadomskiego ? przeczytałam ją, a właściwie przepisałam ręcznie (wtedy nie było jeszcze kserokopiarek) i postanowiłam, że będę astronomem. To, co zamierzyłam, osiągnęłam, studiowałam na Wydziale Astronomii na toruńskim uniwersytecie i udało mi się nawet dostać etat w pracowni astrofizyki Polskiej Akademii Nauk w Toruniu. Tam zaczęłam pracę naukową. Marzyłam o tym, żeby pracować naukowo. Wydawało mi się wtedy, że znalazłam swoje miejsce w życiu, że mam już życie określone do końca.
Wymarzona praca, znalezione miejsce w świecie ? to nie zdarza się każdemu... Dlaczego nagle zrezygnowała Pani z obserwacji nieba?
- Z tym trzeba się w życiu liczyć, że człowiek sobie coś zaplanuje, a potem wychodzi zupełnie inaczej... Zaczęło się to od tego, że miałam duże problemy z kręgosłupem, które wymagały leczenia operacyjnego poza granicami Polski. Ministerstwo zdrowia odmówiło dofinansowania, nie dawano mi szans na wyleczenie. Byłam zdesperowana, przerażona perspektywą życia z tak ogromnym bólem, starałam się więc jakoś te gigantyczne pieniądze zdobyć. Pewnego dnia dostałam list z ambasady Francji, że mam się zgłosić na leczenie. Okazało się, że lekarz z Lyonu, który dostał moje dossier, nie widząc mnie nigdy, ale wiedząc, co się ze mną dzieje, że grozi mi już niedługo całkowita utrata możliwości chodzenia, zdawał sobie sprawę, że może mi po prostu uratować życie. To właśnie on złożył wniosek o finansowanie leczenia do francuskiego ministerstwa zdrowia, które nie uznało mnie za beznadziejny przypadek. Przyznano mi pieniądze na leczenie i w ten sposób znalazłam się we Francji.
Tam poznała Pani francuską organizację EquiLibre?
- Tak, organizacja miała swoją siedzibę w Lyonie. Poszukiwano nowych kontaktów w Polsce, gdzie po stanie wojennym EquiLibre pomagała ? przyjeżdżały do nas transporty z lekami, mlekiem dla niemowląt, z wyposażeniem dla szpitali. Gdy pracownicy organizacji dowiedzieli się, że w szpitalu w Lyonie jest Polka, odwiedzili mnie. Tak zaczęła się ta znajomość. Moje leczenie trwało rok. Kiedy wróciłam do kraju, zostałam wolontariuszką EquiLibre. Organizowałam ich przyjazdy. Widziałam, jak wolontariusze pracują we Francji, byłam tym zafascynowana. Naprawdę musieli się bardzo natrudzić, żeby przekonać ludzi, by chcieli pomagać innym, i właśnie akurat Polakom. Pomoc, która do nas przychodziła, to był efekt solidarności ogromnej liczby ludzi.
Jak doszło do zorganizowania przez Panią pierwszego polskiego konwoju z pomocą do ogarniętego wojną Sarajewa?
- W 1992 roku EquiLibre ogłosiła akcję sprowadzenia tysiąca dzieci z obozów bośniackich do rodzin francuskich. Pojechałam wtedy do przyjaciół we Francji na wakacje. Już od chwili przyjazdu zostałam wciągnięta w wir przygotowań. Odbierałam telefony od rodzin, które się zgłaszały, wypełniałam zgłoszenia, a potem pracowałam już przy przygotowaniu całego tego wyjazdu po dzieci. Kiedy konwój wyruszał, ubłagałam, by zabrano mnie ze sobą. Początkowo kierowała mną głównie... ciekawość. Po tym, co tam zobaczyłam, zmieniło się bardzo wiele. Skutki wojny odbijają się przede wszystkim na niewinnych ludziach, na kobietach, dzieciach, mężczyznach stłoczonych w szkołach, pomieszczeniach dla zwierząt... Wszystko, co tylko miało dach, służyło za mieszkanie. Ludzie żyli w straszliwych warunkach, w straszliwej ciasnocie, byli zdani tylko na pomoc z zewnątrz. To był taki symboliczny moment dla mnie. Byłam tam z ludźmi, którzy pomagali kiedyś mojemu krajowi. W związku z tym pomyślałam sobie, że ? kiedy wrócę do kraju ? muszę wysłać konwój do Sarajewa z Polski. Z takim postanowieniem wracałam do domu.
Skąd wiedziała Pani, jak się do tak wielkiej sprawy zabrać?
- W ogóle nie wiedziałam, jak to zrobić. Za to teraz wiem, że jeżeli wierzymy w coś i bardzo chcemy to zrobić, to po prostu trzeba to zacząć robić. Przypadkowo trafiłam na antenę radiowej Trójki ? poszłam tam tylko umówić się na rozmowę. Jeden z dziennikarzy, który mnie wtedy zobaczył i wiedział, że byłam w Bośni, od razu wciągnął mnie na antenę, na żywo, bez przygotowania. Opowiedziałam o tym, co widziałam, gdzie byłam i o tym, że chcę zorganizować konwój. Podałam numer telefonu Magdy Grodzkiej... Kiedy po programie próbowałam się do niej dodzwonić, nie było to możliwe. Przyjechałam do niej z duszą na ramieniu, a ona otwiera drzwi i mówi: ?Janka, dzwonią, dzwonią!?. To było po prostu coś niebywałego. Ten jeden program w radiu uruchomił lawinę pomocy. Myślę, że w ludziach była wielka potrzeba niesienia pomocy mieszkańcom Bośni, ale trzeba było kogoś, kto powie: ?Słuchajcie, ja to zrobię?.
To był przełom?
- Nawet wtedy, kiedy wyjeżdżałam swoim samochodem i prowadziłam konwój 12 ciężarówek, autobus z dziennikarzami, nie sądziłam, że to zmieni moje życie. Chciałam wysłać ten jeden konwój i wrócić do swojej pracy astronoma. Najpierw wykorzystałam urlop wypoczynkowy, potem wzięłam trzymiesięczny urlop bezpłatny i pojechałam do tego Sarajewa. To była wtedy pierwsza pomoc z Polski. Kiedy wróciłam do kraju, okazało się, że w tym czasie, kiedy mnie nie było, zebrały się kolejne dary, kolejne ciężarówki zostały zgłoszone. Ludzie chcieli jechać, pomagać dalej. Pojechał drugi konwój, który został ostrzelany w drodze powrotnej. Zginęła Chantal, wolontariuszka EquiLibre, dwóch naszych kierowców było rannych. Podjęliśmy decyzję, że mimo wszystko będziemy kontynuować tę pomoc. Gdybyśmy wtedy przestali, śmierć Chantal byłaby bezsensowna...
Po drugie, to by oznaczało, że strzały snajperów wystarczą, żeby przestraszyć pomoc humanitarną, a tak być nie może. Pomoc humanitarna dociera do ludzi tam, gdzie istnieje ryzyko zagrożenia życia, jest przeznaczona nawet dla tych, którzy tej pomocy dostarczają. Kiedy jechały kolejne konwoje, wzięłam urlop na rok, jeszcze nie zrezygnowałam z astronomii, lecz jak wybrali mnie Kobietą Europy w Brukseli, to właściwie już nie musiałam podejmować żadnej decyzji. Wiedziałam, że zaciągnęłam zobowiązania zarówno wobec tych, którym pomagałam, jak i wobec tych, którzy mogli pomagać dzięki nam.
Niepostrzeżenie wokół mnie wyrosła instytucja. I tak zamieniłam astronomię na pomoc humanitarną, czego nie żałuję absolutnie. Myślę, że to był po prostu jakiś bardzo ważny etap w moim życiu. Nie sadzę, żeby astronomia wiele ucierpiała z tego powodu, że utraciła mnie ze swoich szeregów naukowych.
Natomiast teraz mam takie poczucie, że jednak robię coś, czego nie robi nikt inny. Gdy patrzę wstecz na swoje życie, myślę, że po prostu to mi było przeznaczone. Sam fakt, że jestem niepełnosprawna od dzieciństwa, że tyle pomocy otrzymałam od innych, i ta Francja, która nie była przypadkowa, gdzie pojechałam, właściwie, żeby ratować swoje życie, a potem okazało się, że będę innym je ratować... To wszystko nie dzieje się przypadkowo. I ważne jest, żeby umieć rozpoznawać te znaki na swojej drodze. I też podejmować odpowiednie decyzje.
Cały wywiad z Janiną Ochojską przeczytacie w 7. Cogito
Artur Maciak
Janina Ochojska ? w 1992 roku zorganizowała konwój polskiej pomocy dla byłej Jugosławii, dwa lata później założyła Polską Akcję Humanitarną, którą kieruje do dziś.
Studiowała astronomię na Uniwersytecie Mikołaja Kopernika w Toruniu. Była pracownikiem naukowym Pracowni Astrofizyki Polskiej Akademii Nauk w Centrum Astronomicznym im. Mikołaja Kopernika w Toruniu.
Jest laureatką wielu krajowych i zagranicznych nagród ? otrzymała m.in. tytuł Kawalera Legii Honorowej, Kobiety Europy (1994), nagrodę Pax Christi International Peace Award, medal św. Jerzego przyznany przez ?Tygodnik Powszechny?. Według rankingu ?Polityki?, zajmowała w 2004 roku siódmą pozycję wśród najbardziej wpływowych kobiet w Polsce.
Mając naście lat marzyła pani, żeby zostać...
- Astronomem. Pamiętam dokładnie ten moment. Leżałam w szpitalu po operacji kręgosłupa, od lekarza dostałam książkę ?Obrazy nieba? Jana Gadomskiego ? przeczytałam ją, a właściwie przepisałam ręcznie (wtedy nie było jeszcze kserokopiarek) i postanowiłam, że będę astronomem. To, co zamierzyłam, osiągnęłam, studiowałam na Wydziale Astronomii na toruńskim uniwersytecie i udało mi się nawet dostać etat w pracowni astrofizyki Polskiej Akademii Nauk w Toruniu. Tam zaczęłam pracę naukową. Marzyłam o tym, żeby pracować naukowo. Wydawało mi się wtedy, że znalazłam swoje miejsce w życiu, że mam już życie określone do końca.
Wymarzona praca, znalezione miejsce w świecie ? to nie zdarza się każdemu... Dlaczego nagle zrezygnowała Pani z obserwacji nieba?
- Z tym trzeba się w życiu liczyć, że człowiek sobie coś zaplanuje, a potem wychodzi zupełnie inaczej... Zaczęło się to od tego, że miałam duże problemy z kręgosłupem, które wymagały leczenia operacyjnego poza granicami Polski. Ministerstwo zdrowia odmówiło dofinansowania, nie dawano mi szans na wyleczenie. Byłam zdesperowana, przerażona perspektywą życia z tak ogromnym bólem, starałam się więc jakoś te gigantyczne pieniądze zdobyć. Pewnego dnia dostałam list z ambasady Francji, że mam się zgłosić na leczenie. Okazało się, że lekarz z Lyonu, który dostał moje dossier, nie widząc mnie nigdy, ale wiedząc, co się ze mną dzieje, że grozi mi już niedługo całkowita utrata możliwości chodzenia, zdawał sobie sprawę, że może mi po prostu uratować życie. To właśnie on złożył wniosek o finansowanie leczenia do francuskiego ministerstwa zdrowia, które nie uznało mnie za beznadziejny przypadek. Przyznano mi pieniądze na leczenie i w ten sposób znalazłam się we Francji.
Tam poznała Pani francuską organizację EquiLibre?
- Tak, organizacja miała swoją siedzibę w Lyonie. Poszukiwano nowych kontaktów w Polsce, gdzie po stanie wojennym EquiLibre pomagała ? przyjeżdżały do nas transporty z lekami, mlekiem dla niemowląt, z wyposażeniem dla szpitali. Gdy pracownicy organizacji dowiedzieli się, że w szpitalu w Lyonie jest Polka, odwiedzili mnie. Tak zaczęła się ta znajomość. Moje leczenie trwało rok. Kiedy wróciłam do kraju, zostałam wolontariuszką EquiLibre. Organizowałam ich przyjazdy. Widziałam, jak wolontariusze pracują we Francji, byłam tym zafascynowana. Naprawdę musieli się bardzo natrudzić, żeby przekonać ludzi, by chcieli pomagać innym, i właśnie akurat Polakom. Pomoc, która do nas przychodziła, to był efekt solidarności ogromnej liczby ludzi.
Jak doszło do zorganizowania przez Panią pierwszego polskiego konwoju z pomocą do ogarniętego wojną Sarajewa?
- W 1992 roku EquiLibre ogłosiła akcję sprowadzenia tysiąca dzieci z obozów bośniackich do rodzin francuskich. Pojechałam wtedy do przyjaciół we Francji na wakacje. Już od chwili przyjazdu zostałam wciągnięta w wir przygotowań. Odbierałam telefony od rodzin, które się zgłaszały, wypełniałam zgłoszenia, a potem pracowałam już przy przygotowaniu całego tego wyjazdu po dzieci. Kiedy konwój wyruszał, ubłagałam, by zabrano mnie ze sobą. Początkowo kierowała mną głównie... ciekawość. Po tym, co tam zobaczyłam, zmieniło się bardzo wiele. Skutki wojny odbijają się przede wszystkim na niewinnych ludziach, na kobietach, dzieciach, mężczyznach stłoczonych w szkołach, pomieszczeniach dla zwierząt... Wszystko, co tylko miało dach, służyło za mieszkanie. Ludzie żyli w straszliwych warunkach, w straszliwej ciasnocie, byli zdani tylko na pomoc z zewnątrz. To był taki symboliczny moment dla mnie. Byłam tam z ludźmi, którzy pomagali kiedyś mojemu krajowi. W związku z tym pomyślałam sobie, że ? kiedy wrócę do kraju ? muszę wysłać konwój do Sarajewa z Polski. Z takim postanowieniem wracałam do domu.
Skąd wiedziała Pani, jak się do tak wielkiej sprawy zabrać?
- W ogóle nie wiedziałam, jak to zrobić. Za to teraz wiem, że jeżeli wierzymy w coś i bardzo chcemy to zrobić, to po prostu trzeba to zacząć robić. Przypadkowo trafiłam na antenę radiowej Trójki ? poszłam tam tylko umówić się na rozmowę. Jeden z dziennikarzy, który mnie wtedy zobaczył i wiedział, że byłam w Bośni, od razu wciągnął mnie na antenę, na żywo, bez przygotowania. Opowiedziałam o tym, co widziałam, gdzie byłam i o tym, że chcę zorganizować konwój. Podałam numer telefonu Magdy Grodzkiej... Kiedy po programie próbowałam się do niej dodzwonić, nie było to możliwe. Przyjechałam do niej z duszą na ramieniu, a ona otwiera drzwi i mówi: ?Janka, dzwonią, dzwonią!?. To było po prostu coś niebywałego. Ten jeden program w radiu uruchomił lawinę pomocy. Myślę, że w ludziach była wielka potrzeba niesienia pomocy mieszkańcom Bośni, ale trzeba było kogoś, kto powie: ?Słuchajcie, ja to zrobię?.
To był przełom?
- Nawet wtedy, kiedy wyjeżdżałam swoim samochodem i prowadziłam konwój 12 ciężarówek, autobus z dziennikarzami, nie sądziłam, że to zmieni moje życie. Chciałam wysłać ten jeden konwój i wrócić do swojej pracy astronoma. Najpierw wykorzystałam urlop wypoczynkowy, potem wzięłam trzymiesięczny urlop bezpłatny i pojechałam do tego Sarajewa. To była wtedy pierwsza pomoc z Polski. Kiedy wróciłam do kraju, okazało się, że w tym czasie, kiedy mnie nie było, zebrały się kolejne dary, kolejne ciężarówki zostały zgłoszone. Ludzie chcieli jechać, pomagać dalej. Pojechał drugi konwój, który został ostrzelany w drodze powrotnej. Zginęła Chantal, wolontariuszka EquiLibre, dwóch naszych kierowców było rannych. Podjęliśmy decyzję, że mimo wszystko będziemy kontynuować tę pomoc. Gdybyśmy wtedy przestali, śmierć Chantal byłaby bezsensowna...
Po drugie, to by oznaczało, że strzały snajperów wystarczą, żeby przestraszyć pomoc humanitarną, a tak być nie może. Pomoc humanitarna dociera do ludzi tam, gdzie istnieje ryzyko zagrożenia życia, jest przeznaczona nawet dla tych, którzy tej pomocy dostarczają. Kiedy jechały kolejne konwoje, wzięłam urlop na rok, jeszcze nie zrezygnowałam z astronomii, lecz jak wybrali mnie Kobietą Europy w Brukseli, to właściwie już nie musiałam podejmować żadnej decyzji. Wiedziałam, że zaciągnęłam zobowiązania zarówno wobec tych, którym pomagałam, jak i wobec tych, którzy mogli pomagać dzięki nam.
Niepostrzeżenie wokół mnie wyrosła instytucja. I tak zamieniłam astronomię na pomoc humanitarną, czego nie żałuję absolutnie. Myślę, że to był po prostu jakiś bardzo ważny etap w moim życiu. Nie sadzę, żeby astronomia wiele ucierpiała z tego powodu, że utraciła mnie ze swoich szeregów naukowych.
Natomiast teraz mam takie poczucie, że jednak robię coś, czego nie robi nikt inny. Gdy patrzę wstecz na swoje życie, myślę, że po prostu to mi było przeznaczone. Sam fakt, że jestem niepełnosprawna od dzieciństwa, że tyle pomocy otrzymałam od innych, i ta Francja, która nie była przypadkowa, gdzie pojechałam, właściwie, żeby ratować swoje życie, a potem okazało się, że będę innym je ratować... To wszystko nie dzieje się przypadkowo. I ważne jest, żeby umieć rozpoznawać te znaki na swojej drodze. I też podejmować odpowiednie decyzje.
Cały wywiad z Janiną Ochojską przeczytacie w 7. Cogito















