Prezentacja Pisma
› 11. Cogito
Okno na świat: Jestem z Tribi Sun
redakcja
- artukuł dodany
2009-06-02 13:52
0
910
Skończyła studia, wyjechała na dwa tygodnie do Maroka i została tam... pół roku. Nie szukała niczego, a znalazła... siebie.
Krzysztof Boczek
Młody nomada zaproponował Beacie, by poszła odprowadzić z nim wielbłądy do innej oazy na Saharze. Miało to trwać tylko kilka godzin. Zgodziła się.
Wielbłądy były trzy. Na kilka godzin nie potrzebowali zabierać wody ani jedzenia. Wyruszyli na noc. Niebo było pochmurne, nie było widać gwiazd, dlatego omijając wydmy zboczyli z trasy. W środku nocy jeden z wielbłądów zaatakował pozostałe, próbował je gryźć, nie chciał iść.
? Trzeba je rozdzielić ? zdecydował nomada. Sam popędził agresora do obozowiska, Beata została na pustyni z dwoma garbusami. Żadnych dróg, żadnych traktów, ślady nomady na piasku szybko zasypał wiatr, zresztą tej pochmurnej nocy nie było nic widać. W dodatku jeden z jej wielbłądów także stał się agresywny. Nie miała pojęcia, co zrobić, by się nie zgubić. Bez wody, jedzenia, w ciągu dnia na pustyni wyschłaby jak wiór. Postanowiła zaufać wielbłądom.
? Wiedziałam, że gdzieś mnie doprowadzą ? wspomina. Po kilku godzinach, dwa garbate zwierzaki doprowadziły ją do obozowiska nomadów. To była jej najbardziej emocjonująca noc na Saharze.
Wrota Sahary
W 2007 roku Beata Jakuszewska skończyła dziennikarstwo na Uniwersytecie Gdańskim. Chciała wyjechać do Indii, ale najpierw wyskoczyć na 14 dni do Maroka ? bilety były po 80 zł, żal nie wykorzystać takiej szansy!
Chaotycznie włócząc się po w Maroku, przejechała ok. 13 tysięcy kilometrów, głównie autostopem. Gdy autobus jechał w jakieś nieznane jej miejsce, wsiadała do niego. Jeśli podwożący ją kierowca mówił o miasteczku, że jest fajne ? zostawała tam. Napotkani ludzie często zapraszali Beatę do swoich domów.
Dostała też zaproszenie na sylwestra na pustynię w okolicy M?hamid el Ghizzlane (tłum. "miejsce dla gazel") ? wioski zwanej "wrotami Sahary". Domy, zbudowane z piasku (którego tu nie brak), jakby wyrastały z pustyni, zlewały się z nią. Część wioski zamieszkiwali nomadzi z plemienia Arib ? ci odcinali się od turystyki, żyli zgodnie z tradycją.
W zamian za pokój w hotelu Beata robiła właścicielom agencji turystycznych zdjęcia do folderów reklamowych. W tym czasie poznawała także tradycyjną część wioski. Tam chciała zamieszkać, w tych namiotach, lepiankach, z tymi ludźmi. By poznać zanikającą już kulturę.
Język serca
Ciekawska rodzina nomadów zaprosiła ją na obiad. Beata siedziała w pomieszczeniu z kobietami, mężczyźni byli w pokoju obok. Na niziutki stoliczek, do wspólnego talerza, podano kuskus z mąki. Najmłodsza córka polała ręce wszystkich wodą. Dopiero na wypowiedziane przez najważniejszą osobę merhabti ? zapraszam do posiłku ? rozpoczęto jedzenie. Beata musiała się nauczyć jeść tylko prawą ręką ? lewa służy do wykonywania nieczystych zadań. Około godziny przyrządzano herbatę. Pili ją, dolewając sobie co i rusz i rozmawiając. Ona używała "języka serca" ? mieszanki gestów i komunikacji intuicyjnej.
Lody pękły. Kolejne rodziny zaczęły ją zapraszać na obiady. Wkrótce cała wioska ją zaakceptowała, a Beata zaczęła się uczyć arabskiego.
? Ci ludzie nie chodzą do szkół, więc używają języka, który jest prosty w nauce ? twierdzi. Mieszkańcy stali jej się bardzo bliscy, nazywali ją Lalla ? mędrcem. Pomieszkiwała raz u jednej, raz u innej rodziny.
? Nagle poczułam się jak u siebie ? mówi. Gdy pytali ją z jakiego plemienia pochodzi, mówiła:
Tribi Sun ? plemienia słońca.
W wiosce spełniała obowiązki takie, jak inne kobiety, a raz w tygodniu chodziła z mężczyznami na souk ? miejscowy targ. Wybierała najmniej zgniłe warzywa ("dobrze, że tam w ogóle są"), uczyła się gotować tamtejsze potrawy, piekła specyficzny "chleb z piasku" (mąkę zmieszaną z wodą wkłada się pod żar wygaśniętego ogniska). Sennie włóczyła się po wiosce, wyjeżdżała na pustynię z nomadami lub sama. Słuchała pieśni tubylców, ryku zwierząt, szumu przesypującego się piasku.
? Coraz bardziej czułam się "znomadzona" ? wspomina.
Obserwowała powolne życie na pustyni. Mężczyźni wychodzili na łowy, wyjeżdżali po wodę (czasami nawet na dwa dni), zajeżdżając po drodze w odwiedziny do rodzin. W wiosce ludzie chodzili powoli, same ceremonie powitania trwały po kilka minut. Leżąc na murkach, mężczyźni obserwowali wolno toczące się życie, kobiety większość czasu spędzały w domach.
Bardzo częstym wydarzeniem były wesela trwające po kilka dni. Jednego dnia bawiły się tylko kobiety, innego ? mężczyźni. Po narodzinach dziecka pito jeden z najważniejszych trunków dla nomadów ? tumbarmę ? mleko zmieszane z wodą i colą. Kobiety malowały twarze na pomarańczowo.
Czytaj też blog Beaty Jakuszewskiej: yakooseska.blox.pl
Zaciekawił Cię temat? Po resztę odsyłamy do 11. Cogito...
Krzysztof Boczek
Młody nomada zaproponował Beacie, by poszła odprowadzić z nim wielbłądy do innej oazy na Saharze. Miało to trwać tylko kilka godzin. Zgodziła się.
Wielbłądy były trzy. Na kilka godzin nie potrzebowali zabierać wody ani jedzenia. Wyruszyli na noc. Niebo było pochmurne, nie było widać gwiazd, dlatego omijając wydmy zboczyli z trasy. W środku nocy jeden z wielbłądów zaatakował pozostałe, próbował je gryźć, nie chciał iść.
? Trzeba je rozdzielić ? zdecydował nomada. Sam popędził agresora do obozowiska, Beata została na pustyni z dwoma garbusami. Żadnych dróg, żadnych traktów, ślady nomady na piasku szybko zasypał wiatr, zresztą tej pochmurnej nocy nie było nic widać. W dodatku jeden z jej wielbłądów także stał się agresywny. Nie miała pojęcia, co zrobić, by się nie zgubić. Bez wody, jedzenia, w ciągu dnia na pustyni wyschłaby jak wiór. Postanowiła zaufać wielbłądom.
? Wiedziałam, że gdzieś mnie doprowadzą ? wspomina. Po kilku godzinach, dwa garbate zwierzaki doprowadziły ją do obozowiska nomadów. To była jej najbardziej emocjonująca noc na Saharze.
Wrota Sahary
W 2007 roku Beata Jakuszewska skończyła dziennikarstwo na Uniwersytecie Gdańskim. Chciała wyjechać do Indii, ale najpierw wyskoczyć na 14 dni do Maroka ? bilety były po 80 zł, żal nie wykorzystać takiej szansy!
Chaotycznie włócząc się po w Maroku, przejechała ok. 13 tysięcy kilometrów, głównie autostopem. Gdy autobus jechał w jakieś nieznane jej miejsce, wsiadała do niego. Jeśli podwożący ją kierowca mówił o miasteczku, że jest fajne ? zostawała tam. Napotkani ludzie często zapraszali Beatę do swoich domów.
Dostała też zaproszenie na sylwestra na pustynię w okolicy M?hamid el Ghizzlane (tłum. "miejsce dla gazel") ? wioski zwanej "wrotami Sahary". Domy, zbudowane z piasku (którego tu nie brak), jakby wyrastały z pustyni, zlewały się z nią. Część wioski zamieszkiwali nomadzi z plemienia Arib ? ci odcinali się od turystyki, żyli zgodnie z tradycją.
W zamian za pokój w hotelu Beata robiła właścicielom agencji turystycznych zdjęcia do folderów reklamowych. W tym czasie poznawała także tradycyjną część wioski. Tam chciała zamieszkać, w tych namiotach, lepiankach, z tymi ludźmi. By poznać zanikającą już kulturę.
Język serca
Ciekawska rodzina nomadów zaprosiła ją na obiad. Beata siedziała w pomieszczeniu z kobietami, mężczyźni byli w pokoju obok. Na niziutki stoliczek, do wspólnego talerza, podano kuskus z mąki. Najmłodsza córka polała ręce wszystkich wodą. Dopiero na wypowiedziane przez najważniejszą osobę merhabti ? zapraszam do posiłku ? rozpoczęto jedzenie. Beata musiała się nauczyć jeść tylko prawą ręką ? lewa służy do wykonywania nieczystych zadań. Około godziny przyrządzano herbatę. Pili ją, dolewając sobie co i rusz i rozmawiając. Ona używała "języka serca" ? mieszanki gestów i komunikacji intuicyjnej.
Lody pękły. Kolejne rodziny zaczęły ją zapraszać na obiady. Wkrótce cała wioska ją zaakceptowała, a Beata zaczęła się uczyć arabskiego.
? Ci ludzie nie chodzą do szkół, więc używają języka, który jest prosty w nauce ? twierdzi. Mieszkańcy stali jej się bardzo bliscy, nazywali ją Lalla ? mędrcem. Pomieszkiwała raz u jednej, raz u innej rodziny.
? Nagle poczułam się jak u siebie ? mówi. Gdy pytali ją z jakiego plemienia pochodzi, mówiła:
Tribi Sun ? plemienia słońca.
W wiosce spełniała obowiązki takie, jak inne kobiety, a raz w tygodniu chodziła z mężczyznami na souk ? miejscowy targ. Wybierała najmniej zgniłe warzywa ("dobrze, że tam w ogóle są"), uczyła się gotować tamtejsze potrawy, piekła specyficzny "chleb z piasku" (mąkę zmieszaną z wodą wkłada się pod żar wygaśniętego ogniska). Sennie włóczyła się po wiosce, wyjeżdżała na pustynię z nomadami lub sama. Słuchała pieśni tubylców, ryku zwierząt, szumu przesypującego się piasku.
? Coraz bardziej czułam się "znomadzona" ? wspomina.
Obserwowała powolne życie na pustyni. Mężczyźni wychodzili na łowy, wyjeżdżali po wodę (czasami nawet na dwa dni), zajeżdżając po drodze w odwiedziny do rodzin. W wiosce ludzie chodzili powoli, same ceremonie powitania trwały po kilka minut. Leżąc na murkach, mężczyźni obserwowali wolno toczące się życie, kobiety większość czasu spędzały w domach.
Bardzo częstym wydarzeniem były wesela trwające po kilka dni. Jednego dnia bawiły się tylko kobiety, innego ? mężczyźni. Po narodzinach dziecka pito jeden z najważniejszych trunków dla nomadów ? tumbarmę ? mleko zmieszane z wodą i colą. Kobiety malowały twarze na pomarańczowo.
Czytaj też blog Beaty Jakuszewskiej: yakooseska.blox.pl
Zaciekawił Cię temat? Po resztę odsyłamy do 11. Cogito...

















