Prezentacja Pisma
› 19. Cogito
Rozmowa z mistrzem: Literatury nie pisze się dla polonistów
redakcja
- artukuł dodany
2008-11-13 13:41
0
381
Wojciechem Kuczokiem, prozaikiem, dla którego ideałem utworu literackiego jest „fascynującą frazą napisana choćby i 500-stronicowa powieść o myciu zębów”, poetą, scenarzystą, krytykiem filmowym i grotołazem, laureatem Paszportu „Polityki” w dziedzinie literatury, Nagrody Literackiej Nike, zdobywcą głównej nagrody na festiwalu filmowym w Gdyni za scenariusz do filmu „Pręgi”, rozmawia Artur Maciak.
Literatury nie pisze się dla polonistów, dla nich pisze się dyktanda
- Krytycy, wypowiadając się o Pana twórczości, twierdzą, że cechuje ją odpowiedzialność za słowo. Jak pogodzić to z Pana wypowiedzią, że woli Pan wirtuozerskie opowiadanie o niczym niż to, które jest trybuną do wygłaszania poglądów?
- Odpowiedzialność za słowo jest odpowiedzialnością za język, który stanowi o literaturze i jest dla mnie najważniejszy. W związku z tym dla mnie ideałem utworu literackiego jest fascynującą frazą napisana choćby i 500-stronicowa powieść o myciu zębów, czyli teoretycznie o niczym. Nie jestem człowiekiem, który wykorzystuje własne powieści jako trybuny do wygłaszania swoich poglądów politycznych, do wypowiadania swego światopoglądu, do narzucania albo dzielenia się nim z innymi. Dla mnie najważniejsze jest to, żeby to brzmiało. Tak jak muzyka jest abstrakcyjna, nie niesie, przynamniej nie powinna nieść żadnych treści, bo nie od tego jest, bo trzeba by tylko hymny pisać.
Pisanie jest po to, żeby czytelnikowi była dana przyjemność lektury. Jeśli przy okazji zostaną przeniesione jakieś obrazy, które on może odczytać, bezpośrednio odnoszące się do rzeczywistości czy w jakiś sposób ją krytykujące, no to OK. Ale to nie jest dla mnie najważniej-sze. W tym sensie jestem odpowiedzialny za brzmienie tych książek, a drugorzędną sprawą jest dla mnie ich zawartość fabularna czy światopoglądowa.
- Jest Pan autorem powieści, ale i scenariusza. Jest jakaś różnica w procesie twórczym, w pracy nad tymi dwiema formami?
- Scenariusza nie można pisać samemu. Nawet reżyserzy, którzy sami piszą sobie scenariusze i się pod nimi podpisują, tak naprawdę muszą konfrontować swoje pomysły ze współpracownikami, współtwórcami. Muszą odbijać swoje myśli, przeglądać się w innych twórczych umysłach. Scenariusz zawsze jest efektem pracy kilku mózgów. Rozwija się głównie na etapie poprawek. Natomiast powieść, kiedy jest oddana przeze mnie, to już skończona całość. Nie ma tak, że wydawca trzynaście razy odsyła mi powieść, żebym ostatniej powieści polega na tym, że zrobiłem ją ze scenariusza. Czyli najpierw było tych kilkanaście poprawek, ten efekt kompromisu, efekt pracy kilku umysłów i różnych pomysłów, a dopiero potem wziąłem to na swój warsztat i rozpisałem powieść. "Senność" jest właściwie literacką adaptacją filmu.
- Myśli Pan, że można kogoś nauczyć pisać?
- Jeślibym miał radzić początkującym pisarzom, powiedziałbym, żeby nikogo nie przepisywali, nie udawali, nie pisali pod jakieś doktryny i postulaty krytyków. Trzeba pisać tak, żeby się nam samym to podobało.
Nie wierzę w szkoły pisania, nie wierzę w to, że można kogoś nauczyć pisać, że jakieś wykłady z literatury mogą przynosić jakikolwiek pożytek. Trzeba wyłącznie czytać literaturę i z niej wyciągać wnioski, ale, broń Boże, nie wsłuchiwać się w polonistów – czy to tych, którzy zatrzymali się na etapie uczenia w szkołach, czy tych, którzy doszli do poziomu mądrzenia się w gazetach tudzież w szkołach. Literatury nie pisze się dla polonistów, dla polonistów pisze się dyktanda.
Jak zasiadam do pisania książki, nie wiem, co napiszę. To mnie zawsze zaskakuje, to jest tak, że w pewnym momencie myśl nie wyprzedza gestu. To jest tak zsynchronizowane, że pisze się samo. Potem to czytam – w pewnym sensie jestem twórcą i w pewnym sensie jestem też tylko medium. Docieram do pewnych rejonów swojego mózgu, których inaczej bym nie uruchomił, i sam jestem tym zaskoczony, jak "coś mi się napisze".
O literaturze, tworzeniu, oraz o tym, czy da się żyć z pisania przeczytacie w 19. Cogito.
Literatury nie pisze się dla polonistów, dla nich pisze się dyktanda
- Krytycy, wypowiadając się o Pana twórczości, twierdzą, że cechuje ją odpowiedzialność za słowo. Jak pogodzić to z Pana wypowiedzią, że woli Pan wirtuozerskie opowiadanie o niczym niż to, które jest trybuną do wygłaszania poglądów?
- Odpowiedzialność za słowo jest odpowiedzialnością za język, który stanowi o literaturze i jest dla mnie najważniejszy. W związku z tym dla mnie ideałem utworu literackiego jest fascynującą frazą napisana choćby i 500-stronicowa powieść o myciu zębów, czyli teoretycznie o niczym. Nie jestem człowiekiem, który wykorzystuje własne powieści jako trybuny do wygłaszania swoich poglądów politycznych, do wypowiadania swego światopoglądu, do narzucania albo dzielenia się nim z innymi. Dla mnie najważniejsze jest to, żeby to brzmiało. Tak jak muzyka jest abstrakcyjna, nie niesie, przynamniej nie powinna nieść żadnych treści, bo nie od tego jest, bo trzeba by tylko hymny pisać.
Pisanie jest po to, żeby czytelnikowi była dana przyjemność lektury. Jeśli przy okazji zostaną przeniesione jakieś obrazy, które on może odczytać, bezpośrednio odnoszące się do rzeczywistości czy w jakiś sposób ją krytykujące, no to OK. Ale to nie jest dla mnie najważniej-sze. W tym sensie jestem odpowiedzialny za brzmienie tych książek, a drugorzędną sprawą jest dla mnie ich zawartość fabularna czy światopoglądowa.
- Jest Pan autorem powieści, ale i scenariusza. Jest jakaś różnica w procesie twórczym, w pracy nad tymi dwiema formami?
- Scenariusza nie można pisać samemu. Nawet reżyserzy, którzy sami piszą sobie scenariusze i się pod nimi podpisują, tak naprawdę muszą konfrontować swoje pomysły ze współpracownikami, współtwórcami. Muszą odbijać swoje myśli, przeglądać się w innych twórczych umysłach. Scenariusz zawsze jest efektem pracy kilku mózgów. Rozwija się głównie na etapie poprawek. Natomiast powieść, kiedy jest oddana przeze mnie, to już skończona całość. Nie ma tak, że wydawca trzynaście razy odsyła mi powieść, żebym ostatniej powieści polega na tym, że zrobiłem ją ze scenariusza. Czyli najpierw było tych kilkanaście poprawek, ten efekt kompromisu, efekt pracy kilku umysłów i różnych pomysłów, a dopiero potem wziąłem to na swój warsztat i rozpisałem powieść. "Senność" jest właściwie literacką adaptacją filmu.
- Myśli Pan, że można kogoś nauczyć pisać?
- Jeślibym miał radzić początkującym pisarzom, powiedziałbym, żeby nikogo nie przepisywali, nie udawali, nie pisali pod jakieś doktryny i postulaty krytyków. Trzeba pisać tak, żeby się nam samym to podobało.
Nie wierzę w szkoły pisania, nie wierzę w to, że można kogoś nauczyć pisać, że jakieś wykłady z literatury mogą przynosić jakikolwiek pożytek. Trzeba wyłącznie czytać literaturę i z niej wyciągać wnioski, ale, broń Boże, nie wsłuchiwać się w polonistów – czy to tych, którzy zatrzymali się na etapie uczenia w szkołach, czy tych, którzy doszli do poziomu mądrzenia się w gazetach tudzież w szkołach. Literatury nie pisze się dla polonistów, dla polonistów pisze się dyktanda.
Jak zasiadam do pisania książki, nie wiem, co napiszę. To mnie zawsze zaskakuje, to jest tak, że w pewnym momencie myśl nie wyprzedza gestu. To jest tak zsynchronizowane, że pisze się samo. Potem to czytam – w pewnym sensie jestem twórcą i w pewnym sensie jestem też tylko medium. Docieram do pewnych rejonów swojego mózgu, których inaczej bym nie uruchomił, i sam jestem tym zaskoczony, jak "coś mi się napisze".
O literaturze, tworzeniu, oraz o tym, czy da się żyć z pisania przeczytacie w 19. Cogito.

















