Prezentacja Pisma
› 12. Cogito
Okno na świat: Na dachu Europy
redakcja
- artukuł dodany
2008-07-04 15:26
1
455
Jak powiedział George Mallory, w góry chodzi się dlatego, że są. Kiedy więc padł pomysł, żeby zdobyć najwyższą górę Europy, nikomu nawet nie wpadło do głowy, żeby się zastanawiać, czy przedsięwzięcie jest warte zachodu. Mont Blanc się po prostu nie odmawia.
Agnieszka Faron
Gdy w moim liceum zaczęło działać kółko wspinaczkowe, nie należałam do entuzjastów, którzy pobiegli na pierwsze zajęcia. Dopiero po jakimś czasie uległam namowom zachwyconych kolegów, dałam się ubrać w uprząż i... zaczęłam się wspinać. Jak każdy amator, za pierwszym razem nadwyrężyłam ręce – ludzie odruchowo "podciągają" się na rękach zamiast polegać na sile nóg. Ale w kółku już zostałam. Tym bardziej, że na wspinaniu po ściankach się nie kończyło.
W zimie zdobyliśmy Turbacz, a potem, na wiosnę, po raz pierwszy zaczęliśmy poważnie myśleć o naprawdę dużej wyprawie. Nasz instruktor zdobył kilka lat wcześniej Mont Blanc i to on zaraził nas swoim entuzjazmem. On też ułożył trasę wyprawy. Podbój Białej Góry zaplanowaliśmy na sierpień i rozpoczęliśmy intensywne przygotowania.
Zanim można wyruszyć w drogę
Dopiero, kiedy zaczynasz się szykować do wyjazdu jak ten, zdajesz sobie sprawę z miliona szczegółów, które trzeba dokładnie zorganizować i przemyśleć. Chodzi tu nie tylko o wystarczającą ilość skarpetek, które nadają się do kilkudniowego marszu przez Alpy, ale też o ułożenie odpowiedniego menu na każdy dzień (żeby dostarczyć organizmowi odpowiedniej dawki energii), wyliczenie ilości butli z gazem, które należy zabrać do gotowania wody, wyposażenie się w raki, czekany, okulary przeciwsłoneczne, liny, kask, pelerynę - okazało się, że lista nie ma końca. No i przede wszystkim - kondycja. Pod terminem "wejście na Mont Blanc" kryją się 4 dni drogi 4808 metrów w górę. Zaczęłyśmy wiec razem z Martą, moją siostrą, która też brała udział w wyprawie, trening - głównie biegi i pływanie. Spędziłyśmy też dużo czasu w internecie czytając blogi osób, które na Mont Blanc już były, żeby skorzystać z ich cennych rad i wskazówek. Z jednego z blogów wywołałyśmy sobie zdjęcie zrobione na Dachu Europy (jak popularnie określa się górę), a następnie schowałyśmy je między dokumenty do podróży, żeby w momentach zwątpienia, kiedy kondycja będzie zawodzić, dodatkowo się zmotywować.
Dzień pierwszy
Pobudka o 8.00. Przywitał nas słoneczny poranek - pełni zapału wzięliśmy się za rozpakowywanie i przepakowywanie bagaży, sprawdzanie zapasów i ostatnie przygotowania. Lekkie śniadanie i w drogę! Pierwszą rzeczą, którą pomyślałam po 10 minutach marszu, było: Kurcze, ciężki ten plecak... Chodziłam wcześniej sporo po górach, nigdy jednak nie z ciuchami na każdy rodzaj pogody (od pełnego słońca po śnieg) i jedzeniem na cztery dni. Starając się nie ulec panice, że na pewno nie dam rady, skoncentrowałam się na kontrolowaniu oddechu i obserwowaniu alpejskiej przyrody. Pierwsze wrażenie, jakie, odniosłam, było takie, że Alpy są niesamowicie podobne do naszych Tatr.
Szliśmy głównie przez las, robiąc co jakiś czas krótkie postoje. Po drodze spotkaliśmy jedynie nieliczne grupy Polaków i Francuzów. Od czasu, kiedy zbudowano kolejkę górską, zdecydowana większość grup przejeżdża, a nie przechodzi, pierwszy odcinek trasy na Mont Blanc.
Po całym dniu monotonnej wędrówki zaczęły mi się mocno dawać we znaki plecy - szelki plecaka nieznośnie obciążały ramiona. Dlatego odetchnęłam z prawdziwą ulgą, kiedy po wielu godzinach na horyzoncie pojawiła się opuszczona stacja kolejki górskiej – popularne miejsce noclegowe grup szturmujących Mont Blanc, także naszej. Stacja jest zachowana w dobrym stanie, brakuje jedynie paru okien, a w środku sporo jest śmieci pozostawianych przez poprzednie ekspedycje. Rozłożyliśmy się ze śpiworami w największym pomieszczeniu i wzięliśmy się za gotowanie kolacji, bo wszyscy umieraliśmy z głodu. Kartusze z gazem działały bez zarzutu i po chwili wszyscy zajadaliśmy się kaszą kuskus z gulaszem angielskim. Poszliśmy spać przed zachodem słońca, o 19.40, i spaliśmy jak zabici do samego rana.
Dzień drugi
Powietrze było znacznie chłodniejsze, mgła gęstniała z każdą chwilą, ciągle panowały letnie warunki. Jednak już po 5 minutach marszu zmusiłam naszą grupę do przymusowego postoju, w czasie którego wskoczyłam szybko w ocieplacze, bo temperatura znacznie się obniżyła. Ten dzień miał być najgorszy - tak ostrzegał przewodnik. Po pierwsze, duża część zaplanowanej na ten dzień trasy wiodła wzdłuż torów kolejki górskiej - było to więc nie tylko bardzo nużące i monotonne, ale dodatkowo co jakiś czas musieliśmy się zatrzymywać i schodzić na bok, żeby przepuścić kursujące regularnie wagoniki. Po drugie, mieliśmy dojść na wysokość aż 3300 m.n.p.m.
Po dwóch godzinach dowlekliśmy się do stacji kolejki. Spotkaliśmy tam dwóch Polaków, którzy po kilku dniach czekania na lepsze warunki zrezygnowali ze szturmu na szczyt i wracali do Les Houches. W restauracji przy stacji wywieszana jest prognoza pogody dla Mont Blanc na najbliższe dni - my prognozy mieliśmy wyjątkowo dobre, ale w górach nigdy nic nie wiadomo, dlatego pozostawało nam trzymać kciuki i iść dalej. Na szczęście po mgle nie zostało ani śladu, dlatego raźno ruszyliśmy w dalszą drogę.
Wiatr był chłodny, wszyscy założyliśmy czapki i kurtki. Kolejny godzinny postój, w czasie którego wszyscy ucięliśmy sobie drzemkę, zrobiliśmy na Mont Lachat na wysokości 2100 m.n.p.m. Zrobiło się popołudnie, kiedy z mniejszym entuzjazmem, ale przynajmniej trochę wypoczęci, podjęliśmy wędrówkę. Obóz chcieliśmy rozbić na Tette Rousse (nazwa szczytu oznacza dosłownie "Ruda Glowa" pochodzi od koloru góry) na wysokości 3300 m. Droga na ten szczyt jest stroma, idzie się głównie po kamiennych ścieżkach. W pewnym momencie odczepił mi się przymocowany do boku plecaka termos - z przerażeniem obserwowałam jego lot w dół....
O 19.00 dotarliśmy na miejsce. W czasie, kiedy część naszej grupy zajmowała się rozbijaniem namiotów, pozostali poszli napełnić garnki śniegiem, żeby mieć co zagotować do kolacji. Wrzątek w górach to podstawa. Suchy prowiant nie zastąpi ciepłego posiłku i gorącej herbaty. Razem z moją siostrą zaopatrzyłyśmy się w tzw. liofilizaty, czyli jedzenie odsączone z wody, żeby było lżejsze.
Wieczorem z dumą oglądałam nasz świeżo rozbity obóz – wyglądał całkiem profesjonalnie... Ułożyliśmy się wygodnie (o ile to było możliwe na karimacie i kamiennym podłożu) w naszych namiotach i usnęliśmy snem sprawiedliwego.
Dzień trzeci
Tego dnia, zgodnie z planem, rozdzieliliśmy się - Mont Blanc chcieliśmy zdobyć w dwóch mniejszych grupach szturmowych. Pierwsza - czteroosobowa i nasz instruktor - miała rozbić kolejny obóz na Goutierze (3900 m.n.p.m.), a następnie czwartego dnia ruszyć na Dach Europy. Pozostali mieli zostać w obozie na Tette Rousse i za dwa dni, po powrocie pierwszej grupy, pójść tą samą trasą. Tego dnia poczułam też silniejszy przypływ emocji, ponieważ na dobry początek mieliśmy pokonać najbardziej niebezpieczny odcinek naszej drogi - Wielki Kuluar, znany też jako "Rolling Stones". To miejsce, gdzie schodzą kamienne lawiny, niosące ze sobą głazy nawet wielkości lodówki. Z podwyższoną adrenaliną patrzyłam jak najpierw Marta, a potem kolejni członkowie grupy (wszyscy zaopatrzeni w kaski i uprzęże) pokonują 50-metrową ścieżkę przecinającą Kuluar. W końcu sama, z duszą na ramieniu, przebiegłam na drugą stronę. Chwilę później mieliśmy okazję zobaczyć, na czym polega niebezpieczeństwo tego odcinka drogi na Mont Blanc - hałas zwiastujący schodzącą lawinę pojawia się w niewielkim tylko wyprzedzeniu do obsuwających się kamieni. Chłopakowi, który właśnie był w połowie drogi przez Kuluar, nie pozostawało nic innego, jak kucnąć i zasłonić głowę rękami. Wszyscy wstrzymaliśmy oddech, kiedy nad jego kaskiem poszybował rozpędzony kamień. Na szczęście tym razem nikomu nic się nie stało.
Między Tette Rousse a Goutierem jest tylko 600 m. różnicy wysokości, ale - w przeciwieństwie do mojej siostry - nie szło mi się dobrze. Wyjątkowo mocno dało mi się we znaki rozrzedzające się stopniowo powietrze: czułam się słaba, z trudem łapałam oddech i potrzebowałam więcej przerw. Wspinaliśmy się po linach przymocowanych wzdłuż trasy - było to najbardziej, do tej pory, strome podejście. Było też
najkrótsze - już o 13.00 chwiejnie stanęłam na ośnieżonym szczycie Goutier na wysokości 3900 m.n.p.m.
Było mi niedobrze i miałam ochotę po prostu rzucić się na ziemię i już z niej nie wstać. Wszystkim nam potrzebna była aklimatyzacja, dlatego zanim zabraliśmy się za rozbijanie namiotu, po prostu rozłożyliśmy się na plecakach i odpoczywaliśmy ze dwie godziny. Ja się w tym czasie przespałam – po wybudzeniu czułam się już na tyle dobrze, że w czasie, gdy męska część naszej grupy rozbijała obóz, poszłam z Martą zwiedzić znajdujące się na górze schronisko. Największe wrażenie zrobiła na nas woda sprzedawana za 4 euro, za której jakość - jak informowała karteczka na barze - schronisko nie odpowiadało, ponieważ jej źródło stanowił śnieg z dachu tegoż schroniska. Dałyśmy się jednak skusić na herbatę. Reszta dnia upłynęła na maksymalnym opróżnieniu plecaków na ostatni, finałowy odcinek wędrówki, opalaniu się, spaniu i gotowaniu. W namiotach położyliśmy się wcześnie, już o 20.00, bo ruszyć mieliśmy o 2.00 w nocy.
O wejściu na szczyt, kryzysach i uldze, problemach z rozrzedzonym powietrzem i innych sytuacjach przeczytacie w 12. Cogito.
Agnieszka Faron
Gdy w moim liceum zaczęło działać kółko wspinaczkowe, nie należałam do entuzjastów, którzy pobiegli na pierwsze zajęcia. Dopiero po jakimś czasie uległam namowom zachwyconych kolegów, dałam się ubrać w uprząż i... zaczęłam się wspinać. Jak każdy amator, za pierwszym razem nadwyrężyłam ręce – ludzie odruchowo "podciągają" się na rękach zamiast polegać na sile nóg. Ale w kółku już zostałam. Tym bardziej, że na wspinaniu po ściankach się nie kończyło.
W zimie zdobyliśmy Turbacz, a potem, na wiosnę, po raz pierwszy zaczęliśmy poważnie myśleć o naprawdę dużej wyprawie. Nasz instruktor zdobył kilka lat wcześniej Mont Blanc i to on zaraził nas swoim entuzjazmem. On też ułożył trasę wyprawy. Podbój Białej Góry zaplanowaliśmy na sierpień i rozpoczęliśmy intensywne przygotowania.
Zanim można wyruszyć w drogę
Dopiero, kiedy zaczynasz się szykować do wyjazdu jak ten, zdajesz sobie sprawę z miliona szczegółów, które trzeba dokładnie zorganizować i przemyśleć. Chodzi tu nie tylko o wystarczającą ilość skarpetek, które nadają się do kilkudniowego marszu przez Alpy, ale też o ułożenie odpowiedniego menu na każdy dzień (żeby dostarczyć organizmowi odpowiedniej dawki energii), wyliczenie ilości butli z gazem, które należy zabrać do gotowania wody, wyposażenie się w raki, czekany, okulary przeciwsłoneczne, liny, kask, pelerynę - okazało się, że lista nie ma końca. No i przede wszystkim - kondycja. Pod terminem "wejście na Mont Blanc" kryją się 4 dni drogi 4808 metrów w górę. Zaczęłyśmy wiec razem z Martą, moją siostrą, która też brała udział w wyprawie, trening - głównie biegi i pływanie. Spędziłyśmy też dużo czasu w internecie czytając blogi osób, które na Mont Blanc już były, żeby skorzystać z ich cennych rad i wskazówek. Z jednego z blogów wywołałyśmy sobie zdjęcie zrobione na Dachu Europy (jak popularnie określa się górę), a następnie schowałyśmy je między dokumenty do podróży, żeby w momentach zwątpienia, kiedy kondycja będzie zawodzić, dodatkowo się zmotywować.
Dzień pierwszy
Pobudka o 8.00. Przywitał nas słoneczny poranek - pełni zapału wzięliśmy się za rozpakowywanie i przepakowywanie bagaży, sprawdzanie zapasów i ostatnie przygotowania. Lekkie śniadanie i w drogę! Pierwszą rzeczą, którą pomyślałam po 10 minutach marszu, było: Kurcze, ciężki ten plecak... Chodziłam wcześniej sporo po górach, nigdy jednak nie z ciuchami na każdy rodzaj pogody (od pełnego słońca po śnieg) i jedzeniem na cztery dni. Starając się nie ulec panice, że na pewno nie dam rady, skoncentrowałam się na kontrolowaniu oddechu i obserwowaniu alpejskiej przyrody. Pierwsze wrażenie, jakie, odniosłam, było takie, że Alpy są niesamowicie podobne do naszych Tatr.
Szliśmy głównie przez las, robiąc co jakiś czas krótkie postoje. Po drodze spotkaliśmy jedynie nieliczne grupy Polaków i Francuzów. Od czasu, kiedy zbudowano kolejkę górską, zdecydowana większość grup przejeżdża, a nie przechodzi, pierwszy odcinek trasy na Mont Blanc.
Po całym dniu monotonnej wędrówki zaczęły mi się mocno dawać we znaki plecy - szelki plecaka nieznośnie obciążały ramiona. Dlatego odetchnęłam z prawdziwą ulgą, kiedy po wielu godzinach na horyzoncie pojawiła się opuszczona stacja kolejki górskiej – popularne miejsce noclegowe grup szturmujących Mont Blanc, także naszej. Stacja jest zachowana w dobrym stanie, brakuje jedynie paru okien, a w środku sporo jest śmieci pozostawianych przez poprzednie ekspedycje. Rozłożyliśmy się ze śpiworami w największym pomieszczeniu i wzięliśmy się za gotowanie kolacji, bo wszyscy umieraliśmy z głodu. Kartusze z gazem działały bez zarzutu i po chwili wszyscy zajadaliśmy się kaszą kuskus z gulaszem angielskim. Poszliśmy spać przed zachodem słońca, o 19.40, i spaliśmy jak zabici do samego rana.
Dzień drugi
Powietrze było znacznie chłodniejsze, mgła gęstniała z każdą chwilą, ciągle panowały letnie warunki. Jednak już po 5 minutach marszu zmusiłam naszą grupę do przymusowego postoju, w czasie którego wskoczyłam szybko w ocieplacze, bo temperatura znacznie się obniżyła. Ten dzień miał być najgorszy - tak ostrzegał przewodnik. Po pierwsze, duża część zaplanowanej na ten dzień trasy wiodła wzdłuż torów kolejki górskiej - było to więc nie tylko bardzo nużące i monotonne, ale dodatkowo co jakiś czas musieliśmy się zatrzymywać i schodzić na bok, żeby przepuścić kursujące regularnie wagoniki. Po drugie, mieliśmy dojść na wysokość aż 3300 m.n.p.m.
Po dwóch godzinach dowlekliśmy się do stacji kolejki. Spotkaliśmy tam dwóch Polaków, którzy po kilku dniach czekania na lepsze warunki zrezygnowali ze szturmu na szczyt i wracali do Les Houches. W restauracji przy stacji wywieszana jest prognoza pogody dla Mont Blanc na najbliższe dni - my prognozy mieliśmy wyjątkowo dobre, ale w górach nigdy nic nie wiadomo, dlatego pozostawało nam trzymać kciuki i iść dalej. Na szczęście po mgle nie zostało ani śladu, dlatego raźno ruszyliśmy w dalszą drogę.
Wiatr był chłodny, wszyscy założyliśmy czapki i kurtki. Kolejny godzinny postój, w czasie którego wszyscy ucięliśmy sobie drzemkę, zrobiliśmy na Mont Lachat na wysokości 2100 m.n.p.m. Zrobiło się popołudnie, kiedy z mniejszym entuzjazmem, ale przynajmniej trochę wypoczęci, podjęliśmy wędrówkę. Obóz chcieliśmy rozbić na Tette Rousse (nazwa szczytu oznacza dosłownie "Ruda Glowa" pochodzi od koloru góry) na wysokości 3300 m. Droga na ten szczyt jest stroma, idzie się głównie po kamiennych ścieżkach. W pewnym momencie odczepił mi się przymocowany do boku plecaka termos - z przerażeniem obserwowałam jego lot w dół....
O 19.00 dotarliśmy na miejsce. W czasie, kiedy część naszej grupy zajmowała się rozbijaniem namiotów, pozostali poszli napełnić garnki śniegiem, żeby mieć co zagotować do kolacji. Wrzątek w górach to podstawa. Suchy prowiant nie zastąpi ciepłego posiłku i gorącej herbaty. Razem z moją siostrą zaopatrzyłyśmy się w tzw. liofilizaty, czyli jedzenie odsączone z wody, żeby było lżejsze.
Wieczorem z dumą oglądałam nasz świeżo rozbity obóz – wyglądał całkiem profesjonalnie... Ułożyliśmy się wygodnie (o ile to było możliwe na karimacie i kamiennym podłożu) w naszych namiotach i usnęliśmy snem sprawiedliwego.
Dzień trzeci
Tego dnia, zgodnie z planem, rozdzieliliśmy się - Mont Blanc chcieliśmy zdobyć w dwóch mniejszych grupach szturmowych. Pierwsza - czteroosobowa i nasz instruktor - miała rozbić kolejny obóz na Goutierze (3900 m.n.p.m.), a następnie czwartego dnia ruszyć na Dach Europy. Pozostali mieli zostać w obozie na Tette Rousse i za dwa dni, po powrocie pierwszej grupy, pójść tą samą trasą. Tego dnia poczułam też silniejszy przypływ emocji, ponieważ na dobry początek mieliśmy pokonać najbardziej niebezpieczny odcinek naszej drogi - Wielki Kuluar, znany też jako "Rolling Stones". To miejsce, gdzie schodzą kamienne lawiny, niosące ze sobą głazy nawet wielkości lodówki. Z podwyższoną adrenaliną patrzyłam jak najpierw Marta, a potem kolejni członkowie grupy (wszyscy zaopatrzeni w kaski i uprzęże) pokonują 50-metrową ścieżkę przecinającą Kuluar. W końcu sama, z duszą na ramieniu, przebiegłam na drugą stronę. Chwilę później mieliśmy okazję zobaczyć, na czym polega niebezpieczeństwo tego odcinka drogi na Mont Blanc - hałas zwiastujący schodzącą lawinę pojawia się w niewielkim tylko wyprzedzeniu do obsuwających się kamieni. Chłopakowi, który właśnie był w połowie drogi przez Kuluar, nie pozostawało nic innego, jak kucnąć i zasłonić głowę rękami. Wszyscy wstrzymaliśmy oddech, kiedy nad jego kaskiem poszybował rozpędzony kamień. Na szczęście tym razem nikomu nic się nie stało.
Między Tette Rousse a Goutierem jest tylko 600 m. różnicy wysokości, ale - w przeciwieństwie do mojej siostry - nie szło mi się dobrze. Wyjątkowo mocno dało mi się we znaki rozrzedzające się stopniowo powietrze: czułam się słaba, z trudem łapałam oddech i potrzebowałam więcej przerw. Wspinaliśmy się po linach przymocowanych wzdłuż trasy - było to najbardziej, do tej pory, strome podejście. Było też
najkrótsze - już o 13.00 chwiejnie stanęłam na ośnieżonym szczycie Goutier na wysokości 3900 m.n.p.m.
Było mi niedobrze i miałam ochotę po prostu rzucić się na ziemię i już z niej nie wstać. Wszystkim nam potrzebna była aklimatyzacja, dlatego zanim zabraliśmy się za rozbijanie namiotu, po prostu rozłożyliśmy się na plecakach i odpoczywaliśmy ze dwie godziny. Ja się w tym czasie przespałam – po wybudzeniu czułam się już na tyle dobrze, że w czasie, gdy męska część naszej grupy rozbijała obóz, poszłam z Martą zwiedzić znajdujące się na górze schronisko. Największe wrażenie zrobiła na nas woda sprzedawana za 4 euro, za której jakość - jak informowała karteczka na barze - schronisko nie odpowiadało, ponieważ jej źródło stanowił śnieg z dachu tegoż schroniska. Dałyśmy się jednak skusić na herbatę. Reszta dnia upłynęła na maksymalnym opróżnieniu plecaków na ostatni, finałowy odcinek wędrówki, opalaniu się, spaniu i gotowaniu. W namiotach położyliśmy się wcześnie, już o 20.00, bo ruszyć mieliśmy o 2.00 w nocy.
O wejściu na szczyt, kryzysach i uldze, problemach z rozrzedzonym powietrzem i innych sytuacjach przeczytacie w 12. Cogito.














