Coś, czyli kuchnia wielkomiejska
coonskin - artukuł dodany 2012-02-21 21:09
0
0.0
384
Żartobliwie o kuchni preferowanej przez większość zabieganych osób, z odrobiną przesady. Ale też - choć mam nadzieję, że to błędne stwierdzenie - prawdy, bo akurat "robaczek" miał swojego rzeczywistego odpowiednika w daniu kolegi...
Coś, czyli kuchnia wielkomiejska
Czas zjeść obiad, choć pora już kolacji.
Coś leży na talerzu. Co?
Menu nad kasą pomoże w identyfikacji.
Ach, to zielone to suróweczka,
choć sczerniała wraz z liśćmi sałaty...
pomidorek... a tu ogóreczek...
kawałek kuchennej szmaty...
z wierzchu go nie widać.
W sumie danie kosztowało niewiele.
Trudno wybrzydzać.
Wygląd też ma mało ciekawy.
Krótko się na nie czekało i szybko się zje,
by pozałatwiać istotniejsze sprawy.
A ta ciecz? Cóż to takiego?
Sosik! Łagodny, na bazie wody,
soli oraz czegoś białego.
I już język chce się przekonać,
czy ta tajemnicza mieszanina jest smaczna,
gdy nagle... coś w niej pływa...
ręka wraz z widelcem wyławiają robaczka.
Nie występuje w menu
obok mięska i sałatki.
Taki insekt to samo białko.
Miło, że dorzucają tu extra dodatki.
Tu, gdzie wciąż stołują się zabiegani ludzie,
w istnym korycie pędziwiatrów
- dworcowej budzie.
Stoliki chyboczą się,
bo mają różnej długości nóżki,
blaty od spodu zdobią gumy do żucia,
od góry - okruszki.
Oświetlenie obowiązkowo przyciemnione,
inne nie wchodzi w grę,
gdyż ta romantyczna atmosfera wabi zakochanych
przy okazji - albo przede wszystkim -
maskując odstępstwa od zasad BHP.
Suróweczka pochłonięta, a i sosik będąc na koszuli
musiał zniknąć z talerza.
Nadchodzi przypływ śliny.
Ręka wraz z widelcem już zmierza
w stronę kotlecika.
Suchy, ale jadalny.
Szybko i tanio, nie ma to jak u Wietnamczyka.
W mięsku jest nawet jego włos... albo jakaś sierść.
Łatwo zdziwić się wielce.
Jem drób, wołowinę, a może...
to istny kot w panierce.
Coś, czyli kuchnia wielkomiejska
Czas zjeść obiad, choć pora już kolacji.
Coś leży na talerzu. Co?
Menu nad kasą pomoże w identyfikacji.
Ach, to zielone to suróweczka,
choć sczerniała wraz z liśćmi sałaty...
pomidorek... a tu ogóreczek...
kawałek kuchennej szmaty...
z wierzchu go nie widać.
W sumie danie kosztowało niewiele.
Trudno wybrzydzać.
Wygląd też ma mało ciekawy.
Krótko się na nie czekało i szybko się zje,
by pozałatwiać istotniejsze sprawy.
A ta ciecz? Cóż to takiego?
Sosik! Łagodny, na bazie wody,
soli oraz czegoś białego.
I już język chce się przekonać,
czy ta tajemnicza mieszanina jest smaczna,
gdy nagle... coś w niej pływa...
ręka wraz z widelcem wyławiają robaczka.
Nie występuje w menu
obok mięska i sałatki.
Taki insekt to samo białko.
Miło, że dorzucają tu extra dodatki.
Tu, gdzie wciąż stołują się zabiegani ludzie,
w istnym korycie pędziwiatrów
- dworcowej budzie.
Stoliki chyboczą się,
bo mają różnej długości nóżki,
blaty od spodu zdobią gumy do żucia,
od góry - okruszki.
Oświetlenie obowiązkowo przyciemnione,
inne nie wchodzi w grę,
gdyż ta romantyczna atmosfera wabi zakochanych
przy okazji - albo przede wszystkim -
maskując odstępstwa od zasad BHP.
Suróweczka pochłonięta, a i sosik będąc na koszuli
musiał zniknąć z talerza.
Nadchodzi przypływ śliny.
Ręka wraz z widelcem już zmierza
w stronę kotlecika.
Suchy, ale jadalny.
Szybko i tanio, nie ma to jak u Wietnamczyka.
W mięsku jest nawet jego włos... albo jakaś sierść.
Łatwo zdziwić się wielce.
Jem drób, wołowinę, a może...
to istny kot w panierce.














