Przebieralnia
Niemeskoosobowa - artukuł dodany 2012-01-30 14:39
1
5.0
1170
Zabrać dziecko z domu dziecka. W czym tak naprawdę rzecz?
Pragnęła, z całego serca pragnęła mieć dziecko. Mąż jako taki, praca nawet dobra, dochody, ładny domek na obrzeżach miasta. Tak, drzewo zasadzili. Razem. Świerk. Będzie na święta. Do idealnego, pastelowego obrazka brakowało jakiegoś ślicznego dziecka. Chłopca! Dziewczynka też by się nadała.
"I żeby miało włoski taki kręcone, blond, tak, oczka niebieskie, ząbki ładne, żadnej próchnicy."
Mąż w ciszy patrzył na małżonkę wymieniającą kryteria dziecka idealnego. Już, już mieli wybrać dziecko, zabrać na weekend i zostać z nim na zawsze.
"Ale koniecznie, żeby miało nie więcej, jak pięć lat. Nie mniej, jak trzy. Zanotowała pani dokładnie?"
Bez różnicy mu było, ile lat będzie miało to dziecko, kupił piłkę, postawił dwie małe bramki na równo przystrzyżonym trawniku.
"I nie chcemy żadnego łobuza, prawda kochanie?"
Łobuziaki są urocze, przynajmniej nie nudziłby się czekając na żonę wracającą z salonu kosmetycznego.
"Obojętnie, dziecko, to dziecko."
"Tak, czyli żadnego łobuza. To ile dzieci mam do wyboru?"
Ciasny kok na głowie dyrektorki domu dziecka zdawał się poluzować, zaczęła ssać końcówkę wiecznego pióra i wertować skatalogowane w albumie dzieci.
- Będzie Piotruś, lat cztery. Będzie Antoś, lat trzy. Będzie Sabinka, lat pięć. Będzie Marta, lat cztery.
"Świetnie! Czy można zmienić imię tej Marcie? Brzydkie strasznie. Prawda kochanie?"
Co za różnica, imię to imię.
Piotruś ciągnąc za ucho ogromnego królika przekroczył próg idealnego domu. Wiedział, że przyjechał tu tylko na dwa dni, jednak w jego małym sercu iskrzyła się nadzieja na dłuższe życie obok tej miłej, dużo mówiącej pani i tego strojącego miny pana.
Obiad. Piotr nie lubi marchewki. Uśmiech eleganckiej pani powoli nikł na jej idealnej twarzy. Jak to nie lubi marchewki? Dzieci muszą jeść marchewki. Może królik zje marchewkę? Królik zjadł marchewkę, w oczach Piotrusia. Zjedzona marchewka, plamiąc brudnego królika spadała, odklejając się od pluszu na idealną podłogę w idealnej kuchni.
"No niestety, nie przypadliśmy sobie z małym do gustu, tak, ja wiem, że ma buzię aniołka, jednak on chyba też nas nie polubił."
Antoś. Antoś zabrał nowo poznanemu w parku koledze łopatkę i nie chciał oddać. Antoś nie słuchał poleceń szczebiocącej miłej pani, żeby nie siadał na piasku. Antoś ubrudził nowe spodenki świeżym piaskiem. Antoś płakał w nocy. Antoś jest za mały.
"Wie pani, może jednak dziewczynka, może to dziewczynka jest mi pisana. Bo rozumie pani, to trzeba poczuć."
Sabinka rezolutnie spojrzała na bramki na trawniku. Będziemy kopać? Miły pan pobiegł po piłkę, jednak miła pani powiedziała, że dziewczynki układają sobie włosy z miłymi paniami. Długie, blond loki, upinane w różnorakie koki i warkocze zdawały się być w przestrzeni ponad oderwanym od rzeczywistości ciałem dziewczynki. Ta patrzyła na miłego pana, kopiącego piłkę w samotności do bramki. Ten pan, on jest miły.
"Wie pani co. No niestety, nie tym razem. Może Marta, oj co za imię, może z Martą nam się ułoży."
Marta biegała wokół stołu. Marta krzyczała, jak słyszała spadający widelec. Marta zmoczyła w nocy drogi materacyk. Marta, co za paskudne, prowincjonalne imię.
Pani dyrektor rozpuściła ciasny kok i okazało się, że jest niebrzydką kobietą.
Miły pan umówił się z panią bez koka na kawę. Miła pani podpisała papiery rozwodowe. Miły pan wziął ślub z tą panią bez koka.
Nowi mili państwo mieli czworo dzieci. Piotrusia karmiącego króliczka. Antosia śpiącego z nimi w łóżku podczas ataków płaczu. Sabinkę grającą w przedszkolnej drużynie piłki nożnej. Martę, o ładnym imieniu, coraz spokojniejszą Martę.
Miła pani kupiła karnet do nowootwartego salonu piękności, zastanawiając się, czemu tak ciężko jest wybrać sobie dziecko.
Pragnęła, z całego serca pragnęła mieć dziecko. Mąż jako taki, praca nawet dobra, dochody, ładny domek na obrzeżach miasta. Tak, drzewo zasadzili. Razem. Świerk. Będzie na święta. Do idealnego, pastelowego obrazka brakowało jakiegoś ślicznego dziecka. Chłopca! Dziewczynka też by się nadała.
"I żeby miało włoski taki kręcone, blond, tak, oczka niebieskie, ząbki ładne, żadnej próchnicy."
Mąż w ciszy patrzył na małżonkę wymieniającą kryteria dziecka idealnego. Już, już mieli wybrać dziecko, zabrać na weekend i zostać z nim na zawsze.
"Ale koniecznie, żeby miało nie więcej, jak pięć lat. Nie mniej, jak trzy. Zanotowała pani dokładnie?"
Bez różnicy mu było, ile lat będzie miało to dziecko, kupił piłkę, postawił dwie małe bramki na równo przystrzyżonym trawniku.
"I nie chcemy żadnego łobuza, prawda kochanie?"
Łobuziaki są urocze, przynajmniej nie nudziłby się czekając na żonę wracającą z salonu kosmetycznego.
"Obojętnie, dziecko, to dziecko."
"Tak, czyli żadnego łobuza. To ile dzieci mam do wyboru?"
Ciasny kok na głowie dyrektorki domu dziecka zdawał się poluzować, zaczęła ssać końcówkę wiecznego pióra i wertować skatalogowane w albumie dzieci.
- Będzie Piotruś, lat cztery. Będzie Antoś, lat trzy. Będzie Sabinka, lat pięć. Będzie Marta, lat cztery.
"Świetnie! Czy można zmienić imię tej Marcie? Brzydkie strasznie. Prawda kochanie?"
Co za różnica, imię to imię.
Piotruś ciągnąc za ucho ogromnego królika przekroczył próg idealnego domu. Wiedział, że przyjechał tu tylko na dwa dni, jednak w jego małym sercu iskrzyła się nadzieja na dłuższe życie obok tej miłej, dużo mówiącej pani i tego strojącego miny pana.
Obiad. Piotr nie lubi marchewki. Uśmiech eleganckiej pani powoli nikł na jej idealnej twarzy. Jak to nie lubi marchewki? Dzieci muszą jeść marchewki. Może królik zje marchewkę? Królik zjadł marchewkę, w oczach Piotrusia. Zjedzona marchewka, plamiąc brudnego królika spadała, odklejając się od pluszu na idealną podłogę w idealnej kuchni.
"No niestety, nie przypadliśmy sobie z małym do gustu, tak, ja wiem, że ma buzię aniołka, jednak on chyba też nas nie polubił."
Antoś. Antoś zabrał nowo poznanemu w parku koledze łopatkę i nie chciał oddać. Antoś nie słuchał poleceń szczebiocącej miłej pani, żeby nie siadał na piasku. Antoś ubrudził nowe spodenki świeżym piaskiem. Antoś płakał w nocy. Antoś jest za mały.
"Wie pani, może jednak dziewczynka, może to dziewczynka jest mi pisana. Bo rozumie pani, to trzeba poczuć."
Sabinka rezolutnie spojrzała na bramki na trawniku. Będziemy kopać? Miły pan pobiegł po piłkę, jednak miła pani powiedziała, że dziewczynki układają sobie włosy z miłymi paniami. Długie, blond loki, upinane w różnorakie koki i warkocze zdawały się być w przestrzeni ponad oderwanym od rzeczywistości ciałem dziewczynki. Ta patrzyła na miłego pana, kopiącego piłkę w samotności do bramki. Ten pan, on jest miły.
"Wie pani co. No niestety, nie tym razem. Może Marta, oj co za imię, może z Martą nam się ułoży."
Marta biegała wokół stołu. Marta krzyczała, jak słyszała spadający widelec. Marta zmoczyła w nocy drogi materacyk. Marta, co za paskudne, prowincjonalne imię.
Pani dyrektor rozpuściła ciasny kok i okazało się, że jest niebrzydką kobietą.
Miły pan umówił się z panią bez koka na kawę. Miła pani podpisała papiery rozwodowe. Miły pan wziął ślub z tą panią bez koka.
Nowi mili państwo mieli czworo dzieci. Piotrusia karmiącego króliczka. Antosia śpiącego z nimi w łóżku podczas ataków płaczu. Sabinkę grającą w przedszkolnej drużynie piłki nożnej. Martę, o ładnym imieniu, coraz spokojniejszą Martę.
Miła pani kupiła karnet do nowootwartego salonu piękności, zastanawiając się, czemu tak ciężko jest wybrać sobie dziecko.














