Eksperci od cebuli
kontrakcja - artukuł dodany 2011-12-04 21:10
2
5.0
564
O tym, że czytanie gazet bywa przełomowe, że pełnoletni są nieletni, a świat jest całkiem złożony.
Sobotnie popołudnie. Z błogością wyciągam na kanapie prawą i tę drugą z moich nóg-nosicielek. Herbatka, w zachodzącej parą szklance, stoi pod ręką. Opuszkami palców wodzę po gładkim papierze.
I gdy tak sączę wywar, relaksuję ciało, pieszczę umysł głębokimi felietonami natury egzystencjalnej, zupełnie bez stosownego uprzedzenia, ze stron papierowych (w notabene niezłym wywiadzie) Woody Allen postuluje mi taką oto tezę: "(...)przecież większość z nas przez całe życie pozostaje dzieckiem. Pomysł, by wychowywać inne dzieci, być autorytetem, radzić, opiekować się, jest tak niedorzeczny, że czasami zastanawiam się, jak te małe istoty dają się na to nabrać.".
No takie rzeczy pionizują mnie w tempie ekspresowym. Ba! Coś takiego rujnuje moje plany względem sobotniego popołudnia. Obawiam się, że ewidentne ujawnienie prawdziwej natury rodzicielstwa wywraca system wartości, drobiazgowo wpajany przez kolejne odnogi mojego drzewa genealogicznego, do góry nogami.
Od razu uczciwie się przyznam, że stary nowojorczyk w rogowych oprawkach stanowi dla mnie swojego rodzaju odnośnik bezwzględny. W trafności szczerozłotych myśli, którymi, na taśmie filmowej, raczy ludzkość, od lat podejrzewam ingerencję mocy nadprzyrodzonych. Tak samo dzieje się i tym razem, z tą niewielką różnicą, że naświetlony przez dziadka Allena aspekt rodzicielstwa jest zupełnie przeciwny do odgórnie narzuconego obrazu rodzica, rozpowszechnianego w społeczeństwie i dlatego trudny do zaakceptowania. Ciężko mi przestawić trybiki i nie wyobrażać sobie ojca i matki, jako wzoru i naturalnego weryfikatora wyborów życiowych dziecka.
Jednak po dłuższej, mozolnej chwili, gdy mechanizm z chrzęstem obrał alternatywny tor, zaczęłam cicho chichotać. Po chwili śmiałam się w głos. Bo szczerze sobie odpowiedzcie, czy to nie jest cudaczne kuriozum? Czynienie się autorytetem i to często bezwzględnym, nowo narodzonego dziecka, z tej tylko racji, że samodzielnie je spłodzono i targało się przez długie dziewięć miesięcy przy żołądku?
Umówmy się, dla mnie, jako dla osiemnastolatki, rodzicielstwo jest bytem czysto abstrakcyjnym. Znam je tylko od drugiej strony. Ale już za te sześć lat, teoretycznie, dostałabym społeczne przyzwolenie na rozmnażanie. I teraz, patrząc na moich znajomych, w aprobowanym wieku na prokreację, nie wyobrażam sobie, jakim cudem mogliby być przykładem, nauczycielem i wychowawcą swoich ewentualnych potomków. Przecież oni sami są zupełnie niepewni i siebie, i innych, i świata, i słuszności teorii względności. Jak? - pytam. Jak mają wprowadzić w życie kolejną, nieświadomą niczego istotę?
Chyba będą się babrać wspólnie w tej wszechobecnej nieświadomości. Zachowywać pozory, spoglądać ukradkiem czy są dostatecznie opiniotwórczy i władczy, aby stwarzać dystans człowieka doświadczonego. Będą słać w przestrzeń ironiczne uśmiechy-półgębki i wnosić brwi, że to nic-już-ich-w-życiu-nie-zdziwi. Z braku argumentów, powołają się na swoje enigmatyczne dzieciństwo i czasy, kiedy to wszystko było inaczej. W sprawach, których nie rozumieją, powiedzą: "dziecko, jesteś jeszcze za młoda. Pogadamy za 10 lat". I dają sobie dziesięć lat oddechu, a nuż natrętny dzieciak zapomni. "Nie bo nie" też zawsze działa. Tanie chwyty? Ale przecież muszą się czegoś czepiać, aby zapobiec zdemaskowaniu.
Woody śpi spokojnie, nawet nie wie, jak bardzo wpłynął na moje postrzeganie. Dorosłe ciotki, wujki, ojcowie i matki, siedzą przy rodzinnym stole, cudownie nieświadomi, że patrzę na nich zgoła odmiennie. I odgrywa się przede mną ten spektakl jarmarczny. Rodzice bawią się w podchody. Jedno obrażone na drugie, dąsa się i kąsa nawzajem. Na złość psuje drugiemu babkę z piasku. Pan domu wąsa podkręca, udając nihilistę, podczas gdy co rusz zerka czy aby na pewno wywiera odpowiednie wrażenie. Ciotka po kądzieli ssie z palca fantazyjne bujdy, tłumacząc się ze spóźnienia jak przed żakiem w szkole. Uroczy pełnoletni świecie! Czym różnisz się od piaskownicy?
I co teraz? Wiedząc, że oni nic nie wiedzą, mogę jeszcze cokolwiek brać na wiarę, jako dogmat? Może wcale nie jest "be!" to, za co obrywałam po rączkach. Może wcale nie trzeba robić tego, do czego byłam zmuszana. Zimno mi się robi, gdy pomyślę, że dzieci z ufnością, dobrowolnie, zgadzają się na ukształtowanie przez starszych, a później okazuje się, że stały się istotami zupełnie nieprzystosowanymi do realiów.
Bo przecież świat jest ogromną cebulą. Taką rozdmuchaną do nieskończoności. Bytem wielowarstwowym, nigdy nieobranym do końca, nigdy nie poznanym w całości. Czego może nauczyć osoba, która poznała zaledwie jego wycinek, która zdjęła jedną czy dwie wierzchnie warstwy skórki. Czas najwyższy obalić twierdzenie, że przychodzi moment, gdy stajemy się dorośli. Zwyczajnie nie nastaje chwila kiedy spływa poznanie i zaczynamy rozumieć o co w tym wszystkim chodzi.
A co z tymi biednymi dzieciakami? Skoro nie budowaną na piasku wiedzę o świecie i oślepianie przykładem, to może rodzice mogą dać im chociaż trochę miłości. Niech je kochają, to wyrosną na ludzi. Jakoś to będzie.
Sobotnie popołudnie. Z błogością wyciągam na kanapie prawą i tę drugą z moich nóg-nosicielek. Herbatka, w zachodzącej parą szklance, stoi pod ręką. Opuszkami palców wodzę po gładkim papierze.
I gdy tak sączę wywar, relaksuję ciało, pieszczę umysł głębokimi felietonami natury egzystencjalnej, zupełnie bez stosownego uprzedzenia, ze stron papierowych (w notabene niezłym wywiadzie) Woody Allen postuluje mi taką oto tezę: "(...)przecież większość z nas przez całe życie pozostaje dzieckiem. Pomysł, by wychowywać inne dzieci, być autorytetem, radzić, opiekować się, jest tak niedorzeczny, że czasami zastanawiam się, jak te małe istoty dają się na to nabrać.".
No takie rzeczy pionizują mnie w tempie ekspresowym. Ba! Coś takiego rujnuje moje plany względem sobotniego popołudnia. Obawiam się, że ewidentne ujawnienie prawdziwej natury rodzicielstwa wywraca system wartości, drobiazgowo wpajany przez kolejne odnogi mojego drzewa genealogicznego, do góry nogami.
Od razu uczciwie się przyznam, że stary nowojorczyk w rogowych oprawkach stanowi dla mnie swojego rodzaju odnośnik bezwzględny. W trafności szczerozłotych myśli, którymi, na taśmie filmowej, raczy ludzkość, od lat podejrzewam ingerencję mocy nadprzyrodzonych. Tak samo dzieje się i tym razem, z tą niewielką różnicą, że naświetlony przez dziadka Allena aspekt rodzicielstwa jest zupełnie przeciwny do odgórnie narzuconego obrazu rodzica, rozpowszechnianego w społeczeństwie i dlatego trudny do zaakceptowania. Ciężko mi przestawić trybiki i nie wyobrażać sobie ojca i matki, jako wzoru i naturalnego weryfikatora wyborów życiowych dziecka.
Jednak po dłuższej, mozolnej chwili, gdy mechanizm z chrzęstem obrał alternatywny tor, zaczęłam cicho chichotać. Po chwili śmiałam się w głos. Bo szczerze sobie odpowiedzcie, czy to nie jest cudaczne kuriozum? Czynienie się autorytetem i to często bezwzględnym, nowo narodzonego dziecka, z tej tylko racji, że samodzielnie je spłodzono i targało się przez długie dziewięć miesięcy przy żołądku?
Umówmy się, dla mnie, jako dla osiemnastolatki, rodzicielstwo jest bytem czysto abstrakcyjnym. Znam je tylko od drugiej strony. Ale już za te sześć lat, teoretycznie, dostałabym społeczne przyzwolenie na rozmnażanie. I teraz, patrząc na moich znajomych, w aprobowanym wieku na prokreację, nie wyobrażam sobie, jakim cudem mogliby być przykładem, nauczycielem i wychowawcą swoich ewentualnych potomków. Przecież oni sami są zupełnie niepewni i siebie, i innych, i świata, i słuszności teorii względności. Jak? - pytam. Jak mają wprowadzić w życie kolejną, nieświadomą niczego istotę?
Chyba będą się babrać wspólnie w tej wszechobecnej nieświadomości. Zachowywać pozory, spoglądać ukradkiem czy są dostatecznie opiniotwórczy i władczy, aby stwarzać dystans człowieka doświadczonego. Będą słać w przestrzeń ironiczne uśmiechy-półgębki i wnosić brwi, że to nic-już-ich-w-życiu-nie-zdziwi. Z braku argumentów, powołają się na swoje enigmatyczne dzieciństwo i czasy, kiedy to wszystko było inaczej. W sprawach, których nie rozumieją, powiedzą: "dziecko, jesteś jeszcze za młoda. Pogadamy za 10 lat". I dają sobie dziesięć lat oddechu, a nuż natrętny dzieciak zapomni. "Nie bo nie" też zawsze działa. Tanie chwyty? Ale przecież muszą się czegoś czepiać, aby zapobiec zdemaskowaniu.
Woody śpi spokojnie, nawet nie wie, jak bardzo wpłynął na moje postrzeganie. Dorosłe ciotki, wujki, ojcowie i matki, siedzą przy rodzinnym stole, cudownie nieświadomi, że patrzę na nich zgoła odmiennie. I odgrywa się przede mną ten spektakl jarmarczny. Rodzice bawią się w podchody. Jedno obrażone na drugie, dąsa się i kąsa nawzajem. Na złość psuje drugiemu babkę z piasku. Pan domu wąsa podkręca, udając nihilistę, podczas gdy co rusz zerka czy aby na pewno wywiera odpowiednie wrażenie. Ciotka po kądzieli ssie z palca fantazyjne bujdy, tłumacząc się ze spóźnienia jak przed żakiem w szkole. Uroczy pełnoletni świecie! Czym różnisz się od piaskownicy?
I co teraz? Wiedząc, że oni nic nie wiedzą, mogę jeszcze cokolwiek brać na wiarę, jako dogmat? Może wcale nie jest "be!" to, za co obrywałam po rączkach. Może wcale nie trzeba robić tego, do czego byłam zmuszana. Zimno mi się robi, gdy pomyślę, że dzieci z ufnością, dobrowolnie, zgadzają się na ukształtowanie przez starszych, a później okazuje się, że stały się istotami zupełnie nieprzystosowanymi do realiów.
Bo przecież świat jest ogromną cebulą. Taką rozdmuchaną do nieskończoności. Bytem wielowarstwowym, nigdy nieobranym do końca, nigdy nie poznanym w całości. Czego może nauczyć osoba, która poznała zaledwie jego wycinek, która zdjęła jedną czy dwie wierzchnie warstwy skórki. Czas najwyższy obalić twierdzenie, że przychodzi moment, gdy stajemy się dorośli. Zwyczajnie nie nastaje chwila kiedy spływa poznanie i zaczynamy rozumieć o co w tym wszystkim chodzi.
A co z tymi biednymi dzieciakami? Skoro nie budowaną na piasku wiedzę o świecie i oślepianie przykładem, to może rodzice mogą dać im chociaż trochę miłości. Niech je kochają, to wyrosną na ludzi. Jakoś to będzie.
















