Z rodziną najlepiej wychodzi się na zdjęciu?
Kiciula92 - artukuł dodany 2011-09-26 11:15
0
0.0
676
Za oknem i na kalendarzu jesień. Dni stają się coraz krótsze, wielu z nas zaczyna doskwierać chandra. Na poprawę humoru i samopoczucia proponuję niewybredną komedyjkę, ale za to bardzo zabawną.
Za oknem i na kalendarzu jesień. Dni stają się coraz krótsze, wielu z nas zaczyna doskwierać chandra. Na poprawę humoru i samopoczucia proponuję niewybredną komedyjkę, ale za to bardzo zabawną.
Chciałabym zaserwować Wam "The Simpsons: Movie". Film ten oglądałam już trzeci raz, ale posiada on w sobie coś takiego niezwykłego, że zawsze po niego chętnie sięgam, o ile tylko istnieje taka możliwość.
Każdy zapewne zna rodzinę Simpsonów, jakby nie patrzeć królują na ekranach telewizorów już dobrze ponad 20 lat, bo premiera pierwszego odcinka tego serialu miała miejsce 17 grudnia 1989 roku. W Polsce długo nie musieliśmy czekać, aby żółte ludziki zaatakowały również nasze media, ponieważ zadebiutowali w TVP Katowice już w 1990.
Kilka razy oglądałam odcinki z najnowszej serii, ale niestety takiego polotu jak wersja kinowa to nie posiadają, co może z drugiej strony jest bezpieczne dla mojego brzucha, gdyż obawiam się, że mógłby mi pęknąć ze śmiech, a na mojej twarzy królowałby wielki, nieszczerzy i idiotyczny uśmiech, spowodowany za dużym wyćwiczeniem mięśni mimicznych.
Na wstępie pozwolę sobie przedstawić tak dla formalności zwariowaną rodzinę, zamieszkującą Springfield. Głową rodu jest Homer Simpson, chociaż nie byłabym tego do końca taka pewna, bo wydaje mi się, że u nich w domu bardziej panuje matriarchat niż patriarchat, ale nie bądźmy już tak szczegółowi. Powracając do najgłówniejszego z głównych bohaterów, pierwsze skojarzenie, które pojawia się w mojej głowie po usłyszeniu tego imienia to pączki przeplatane z rozleniwieniem. Oprócz tego posiada jedno, zabawne obciążenie genetyczne, a mowa o "genie Simpsonów", które swoją drogą ujawnia się również i czasami u mnie. Już wyjaśniam na czym polega ta nieuleczalna, ale na szczęście bezbolesna choroba. Jeśli czujesz, że w Twoim mózgu zadomawia się kredka oraz na Twojej karcie zdrowia widnieje wiele adnotacji dotyczących urazów głowy, to wiedz, że jesteś spokrewniony z Homerem. Ale moment, mimo tej kredki, bohaterowi udało się zdobyć wykształcenie fizyka jądrowego, więc jednak nawet z kredką lub małpką w mózgu można coś osiągnąć w życiu. No chyba, że dyplom został zakupiony na amerykańskim odpowiedniku bazaru Różyckiego. Ale podsumowując Simpsona, to on jest takim typowym Amerykaninem, wykreowanym za pomocą stereotypów, ale jego liczne wady, które często powodują, że znajduje się w tarapatach sprawiają, że jest to postać niezwykle urocza, która zaskarbia sobie serce wielu widzów.
Kolejną ciekawą personą jest Marge Simpson. Żona i matka. Fascynuje mnie jej wysoko upięty, niebieski kok, który jak się okazuje ma również zastosowanie jako skrytka. Sprytnie. Kobieta rozważna, opiekuńcza, można by powiedzieć, że to taka matka Polka prosto z Ameryki.
Jeśli mamy małżeństwo z długim stażem to muszą pojawić się i dzieci, a właściwie gromadką, może gromadka to za duże słowo, ale trójką pociech zostali obdarowani przez los Homer i Marge.
Najstarszą latoroślą jest Bart, wcielony diabeł, obawiam się nawet, iż w swojej karcie zdrowia ma wpisane ADHD, wszędzie go pełno. Ale jego życie nie jest kolorowe ani usłane różami, jeśli zrobi coś źle, wtedy jego ukochany tatuś ma tendencję do karania syna poprzez duszenie, całe szczęście, że mój tata, nie został wychowany na tej bajce. Natomiast mamusia wciąż wierzy, że będą z syna ludzie i cały czas truje mu nad głową, próbując wychować, nucąc sobie zapewne w umyśle: "Bart, Bart co z ciebie wyrośnie? Gruszki na wierzbie czy śliwki na sośnie.".
Mam wrażenie, że Lisa Simpson to jednak nie jest w stu procentach dziecko Homera, jakoś za mądra jest, by być jego latoroślą. Gra na saksofonie, wielka zwolenniczka ekologii, ale w głębi serca czuję, że jest samotna, bo nikt z pozostałych członków rodziny, nie jest w stanie ją zrozumieć, a nie wspomnę już o innych mieszkańcach Springfield, choć w The Simpsons: Movie pojawił się wyjątek. Na potwierdzenie moich słów pozwolę sobie zacytować fragment rozmowy pomiędzy córką a matką. Rzecz dzieje się, gdy ta pierwsza poznała nowego chłopaka:
"-Mamo, on kocha ekologię jak ja. On gra na gitarze. A wiesz co jest najlepsze? To, że wcale go nie wymyśliłam!
-Ale wiesz, co jest najlepsze? To, ze w ogóle chce cię słuchać."
Po raz kolejny mamy przykład na to, że od nikogo innego nie dostanie się lepszego wsparcia jak od rodziny. Nic tylko usiąść przy stole z rodzicem, zwierzyć mu się i czekać na złotą radę.
Najmłodszą pociechą jest Maggie, zastanawiam się czy ona kiedykolwiek dorośnie lub chociaż podrośnie, a jeśli się to już stanie to czy pozbędzie się wielkiego, czerwonego smoczka, bo jak na razie to wydaje mi się on być dla niej najlepszym i niezastąpionym przyjacielem. Jest małomówna, ale jak może być inaczej, skoro nie rozstaje się ze swoim smokiem? Mimo młodego wieku uratowała już nieraz rodzinę z opresji, a sam Homer wielokrotnie dzięki niej nie lata teraz wśród aniołów.
Jak już wcześniej wspomniałam cała rodzinka zamieszkuje w Springfield. Miasto to według Neda Flandersa graniczy ze stanami Ohio, Nevada, Maine oraz Kentucky. Innym razem leży nad morzem bądź oceanem, jeszcze w innym przypadku usytuowane jest nad jeziorem, co widoczne jest w The Simpsons: Movie, a kolejnym razem miasto to ma połączenie z lądem wyłącznie za pomocą jednego jedynego mostu. Jedno jest pewne Springfield leży w Ameryce, a że jest to kraj absurdu, a przynajmniej ja mam takie zdanie, to wszystko tam jest możliwe, nawet to, że miasteczko za pomocą bliżej niesprecyzowanych mocy, porusza się wciąż zmieniając swoją lokalizację. Miejscowość ta jest rozległa, posiada wiele ciekawych zakątków, które pozazdrościłaby niejedna światowa metropolia. To również miejsce wielokulturowe, znajdziemy tutaj dzielnicę włoską, rosyjską, chińska bądź żydowską. Tak więc na kilkunastu metrach kwadratowych jesteśmy w stanie zauważyć odzwierciedlenie całej Ameryki.
Po krótkiej prezentacji rodziny Simpsonów oraz i samego Springfield czuje się zobowiązana powrócić do głównej problematyki tej recenzji, czyli do The Simpsons: Movie.
Rodzinka Simpsonów wiodła szczęśliwe, spokojne życie, do czasu kiedy senior rodu nie przemówił w imieniu Boga: "Ogon w precelek, oczu tałzeny, EPA, EPA". I tu powstaje zagadka, której nie udaje się umyślnie nikomu rozszyfrować, wyjątkiem jest Homer chociaż on zrobił to zupełnie przypadkowo. Homer, który nie bójmy się tego powiedzieć, dzięki swojemu niezwykłemu talentowi do wpadania w różne kłopoty tym razem doprowadza do zguby, przed którą właśnie ostrzegał Wszechmogący.
Pragnę ostrzec wszystkich, ze film pełen jest stereotypów, ale zaliczam to na plus. Jak wiadomo reżyser, David Silverman, to Amerykanin, tak więc jest to zdrowy śmiech, bo ze swoich przywar. Myślę, że niektórym Polakom trudno byłoby zaakceptować prześmiewczy serial, pokazujący nasze wady. Chyba jeszcze nie posiadamy całkowitego dystansu do siebie, no chyba, że Amerykanie też nie posiadają, a serial cieszy się największym wskaźnikiem oglądalności poza granicami Ameryki. Pozwolę sobie zacytować fragment. Sytuacja dzieje się, kiedy Homer przyjeżdża wraz z rodziną na Alaskę. Przed wyjazdem do tego stanu, zatrzymują się przed budką strażnika celnego.
"-Serdecznie witam na Alasce. Proszę oto tysiąc dolarów.
-Ale za co?
-Każdy dostaje za to, ze pozwala towarzystwom naftowym psuć piękno naszego stanu."
Film można ocenić poprzez dwa pryzmaty. Pierwszy jest prosty. Ekranizacja zabawna, dużo śmiechu, dobra rozrywka na nudne popołudnia. Ale można również zastanowić się głębiej nad sensem, bo jakby nie patrzeć, to zwykle reżyser chce nam często coś przekazać. Związku z tym, ze The Simpsons: Movie opowiada o rodzinie Simpsonów, to też problematyka dotyczy ogniska domowego.
Niby najlepiej z rodziną wychodzi się na zdjęciu, ale bez niej też trudno żyć. Każdy potrzebuje czułości, chcemy, aby ktoś nas uściskał, wysłuchał, zrozumiał. I tutaj właśnie dążę do sytuacji Barta. On mając z ojcem niemalże kumplowskie stosunki, pewnego razu tęskni za ojcowską czułością, taką jaką otrzymują codziennie synowie Flandersa. Tak więc latorośl Simpsona i sąsiad zaprzyjaźniają się, ich kontakty ocieplają się, a "ciotka Histeria" bądź "profesorek Nerwolek" zastępuje mu tatę, co prawda na pewien czas, ale daje to do myślenia. Wiadomo, ze dobre kontakty między synem a ojcem są wskazane, ale rodzic to nie kumpel, czasami musi przywołać do porządku, przytulić. Homer chyba nie zdaje sobie z tego sprawy, dla niego medium, które ma na celu wychowanie dzieci to tylko i wyłącznie telewizor, nie rodzic.
Powracając jeszcze do refleksyjnych tematów, to wspomnę o wybryku Homera. Czasami jakiś pewien głupi i nieprzemyślany czyn, potrafi zaszkodzić nie tylko nam, ale również i innym. Może nie dałoby tak potwornych skutków, jakie to miały miejsce w Springfield, ale wiadomo, że życie to nie bajka i nie wszystko kończy się w rzeczywistości dobrze, nawet coś wielce katastroficznego. Tak sobie myślę, ilu cierpień drugiego człowieka oszczędzilibyśmy, gdybyśmy nie patrzyli wyłącznie na czubek własnego nosa, ale czasami i rozjarzylibyśmy się dookoła. Łatwo powiedzieć, sama święta nie jestem, ale najlepiej świat zacząć zmienia od siebie samego.
Powinnam jeszcze wspomnieć o dobrej pracy tłumacza, który sprytnie polskie wątki wplótł na ziemię amerykańską, a to na pewno wielka sztuka i trudna praca. Przypomnę tutaj słowa prezydenta Schwarzenegera: "W tych oczach tyle zła, zęby jak szable. Jak u ministra oświaty z dalekiego kraju.". Może młodsze pokolenie tego nie zrozumie, ale ci którzy do szkoły musieli chodzić w mundurkach, doskonale zdają sobie sprawę o kogo chodzi.
Pochwalę również dubbing, ponieważ głosy aktorów doskonale zostały dobrane do postaci. Ale to niedziwne, bo odważę się stwierdzić, że akurat w tym fachu to Polacy są dobrzy, wystarczy chociażby wspomnieć samego Shreka i kultowe kreacje Stuhra, Zamachowskiego.
Na zakończenie polecę jeszcze raz film, ale zaznaczę, że trzeba posiadać dość specyficzne poczucie humoru, ponieważ może się zdarzyć, że kogoś Simpsonowie nie będą bawić tak samo jak mnie. Ale dopóki człowiek nie sprawdzi sam, to nie będzie wiedział.
*Cytaty mogą nie być w stu procentach identyczne jak te w filmie, ale starałam się oddać je najdokładniej jak tylko mogłam.
Za oknem i na kalendarzu jesień. Dni stają się coraz krótsze, wielu z nas zaczyna doskwierać chandra. Na poprawę humoru i samopoczucia proponuję niewybredną komedyjkę, ale za to bardzo zabawną.
Chciałabym zaserwować Wam "The Simpsons: Movie". Film ten oglądałam już trzeci raz, ale posiada on w sobie coś takiego niezwykłego, że zawsze po niego chętnie sięgam, o ile tylko istnieje taka możliwość.
Każdy zapewne zna rodzinę Simpsonów, jakby nie patrzeć królują na ekranach telewizorów już dobrze ponad 20 lat, bo premiera pierwszego odcinka tego serialu miała miejsce 17 grudnia 1989 roku. W Polsce długo nie musieliśmy czekać, aby żółte ludziki zaatakowały również nasze media, ponieważ zadebiutowali w TVP Katowice już w 1990.
Kilka razy oglądałam odcinki z najnowszej serii, ale niestety takiego polotu jak wersja kinowa to nie posiadają, co może z drugiej strony jest bezpieczne dla mojego brzucha, gdyż obawiam się, że mógłby mi pęknąć ze śmiech, a na mojej twarzy królowałby wielki, nieszczerzy i idiotyczny uśmiech, spowodowany za dużym wyćwiczeniem mięśni mimicznych.
Na wstępie pozwolę sobie przedstawić tak dla formalności zwariowaną rodzinę, zamieszkującą Springfield. Głową rodu jest Homer Simpson, chociaż nie byłabym tego do końca taka pewna, bo wydaje mi się, że u nich w domu bardziej panuje matriarchat niż patriarchat, ale nie bądźmy już tak szczegółowi. Powracając do najgłówniejszego z głównych bohaterów, pierwsze skojarzenie, które pojawia się w mojej głowie po usłyszeniu tego imienia to pączki przeplatane z rozleniwieniem. Oprócz tego posiada jedno, zabawne obciążenie genetyczne, a mowa o "genie Simpsonów", które swoją drogą ujawnia się również i czasami u mnie. Już wyjaśniam na czym polega ta nieuleczalna, ale na szczęście bezbolesna choroba. Jeśli czujesz, że w Twoim mózgu zadomawia się kredka oraz na Twojej karcie zdrowia widnieje wiele adnotacji dotyczących urazów głowy, to wiedz, że jesteś spokrewniony z Homerem. Ale moment, mimo tej kredki, bohaterowi udało się zdobyć wykształcenie fizyka jądrowego, więc jednak nawet z kredką lub małpką w mózgu można coś osiągnąć w życiu. No chyba, że dyplom został zakupiony na amerykańskim odpowiedniku bazaru Różyckiego. Ale podsumowując Simpsona, to on jest takim typowym Amerykaninem, wykreowanym za pomocą stereotypów, ale jego liczne wady, które często powodują, że znajduje się w tarapatach sprawiają, że jest to postać niezwykle urocza, która zaskarbia sobie serce wielu widzów.
Kolejną ciekawą personą jest Marge Simpson. Żona i matka. Fascynuje mnie jej wysoko upięty, niebieski kok, który jak się okazuje ma również zastosowanie jako skrytka. Sprytnie. Kobieta rozważna, opiekuńcza, można by powiedzieć, że to taka matka Polka prosto z Ameryki.
Jeśli mamy małżeństwo z długim stażem to muszą pojawić się i dzieci, a właściwie gromadką, może gromadka to za duże słowo, ale trójką pociech zostali obdarowani przez los Homer i Marge.
Najstarszą latoroślą jest Bart, wcielony diabeł, obawiam się nawet, iż w swojej karcie zdrowia ma wpisane ADHD, wszędzie go pełno. Ale jego życie nie jest kolorowe ani usłane różami, jeśli zrobi coś źle, wtedy jego ukochany tatuś ma tendencję do karania syna poprzez duszenie, całe szczęście, że mój tata, nie został wychowany na tej bajce. Natomiast mamusia wciąż wierzy, że będą z syna ludzie i cały czas truje mu nad głową, próbując wychować, nucąc sobie zapewne w umyśle: "Bart, Bart co z ciebie wyrośnie? Gruszki na wierzbie czy śliwki na sośnie.".
Mam wrażenie, że Lisa Simpson to jednak nie jest w stu procentach dziecko Homera, jakoś za mądra jest, by być jego latoroślą. Gra na saksofonie, wielka zwolenniczka ekologii, ale w głębi serca czuję, że jest samotna, bo nikt z pozostałych członków rodziny, nie jest w stanie ją zrozumieć, a nie wspomnę już o innych mieszkańcach Springfield, choć w The Simpsons: Movie pojawił się wyjątek. Na potwierdzenie moich słów pozwolę sobie zacytować fragment rozmowy pomiędzy córką a matką. Rzecz dzieje się, gdy ta pierwsza poznała nowego chłopaka:
"-Mamo, on kocha ekologię jak ja. On gra na gitarze. A wiesz co jest najlepsze? To, że wcale go nie wymyśliłam!
-Ale wiesz, co jest najlepsze? To, ze w ogóle chce cię słuchać."
Po raz kolejny mamy przykład na to, że od nikogo innego nie dostanie się lepszego wsparcia jak od rodziny. Nic tylko usiąść przy stole z rodzicem, zwierzyć mu się i czekać na złotą radę.
Najmłodszą pociechą jest Maggie, zastanawiam się czy ona kiedykolwiek dorośnie lub chociaż podrośnie, a jeśli się to już stanie to czy pozbędzie się wielkiego, czerwonego smoczka, bo jak na razie to wydaje mi się on być dla niej najlepszym i niezastąpionym przyjacielem. Jest małomówna, ale jak może być inaczej, skoro nie rozstaje się ze swoim smokiem? Mimo młodego wieku uratowała już nieraz rodzinę z opresji, a sam Homer wielokrotnie dzięki niej nie lata teraz wśród aniołów.
Jak już wcześniej wspomniałam cała rodzinka zamieszkuje w Springfield. Miasto to według Neda Flandersa graniczy ze stanami Ohio, Nevada, Maine oraz Kentucky. Innym razem leży nad morzem bądź oceanem, jeszcze w innym przypadku usytuowane jest nad jeziorem, co widoczne jest w The Simpsons: Movie, a kolejnym razem miasto to ma połączenie z lądem wyłącznie za pomocą jednego jedynego mostu. Jedno jest pewne Springfield leży w Ameryce, a że jest to kraj absurdu, a przynajmniej ja mam takie zdanie, to wszystko tam jest możliwe, nawet to, że miasteczko za pomocą bliżej niesprecyzowanych mocy, porusza się wciąż zmieniając swoją lokalizację. Miejscowość ta jest rozległa, posiada wiele ciekawych zakątków, które pozazdrościłaby niejedna światowa metropolia. To również miejsce wielokulturowe, znajdziemy tutaj dzielnicę włoską, rosyjską, chińska bądź żydowską. Tak więc na kilkunastu metrach kwadratowych jesteśmy w stanie zauważyć odzwierciedlenie całej Ameryki.
Po krótkiej prezentacji rodziny Simpsonów oraz i samego Springfield czuje się zobowiązana powrócić do głównej problematyki tej recenzji, czyli do The Simpsons: Movie.
Rodzinka Simpsonów wiodła szczęśliwe, spokojne życie, do czasu kiedy senior rodu nie przemówił w imieniu Boga: "Ogon w precelek, oczu tałzeny, EPA, EPA". I tu powstaje zagadka, której nie udaje się umyślnie nikomu rozszyfrować, wyjątkiem jest Homer chociaż on zrobił to zupełnie przypadkowo. Homer, który nie bójmy się tego powiedzieć, dzięki swojemu niezwykłemu talentowi do wpadania w różne kłopoty tym razem doprowadza do zguby, przed którą właśnie ostrzegał Wszechmogący.
Pragnę ostrzec wszystkich, ze film pełen jest stereotypów, ale zaliczam to na plus. Jak wiadomo reżyser, David Silverman, to Amerykanin, tak więc jest to zdrowy śmiech, bo ze swoich przywar. Myślę, że niektórym Polakom trudno byłoby zaakceptować prześmiewczy serial, pokazujący nasze wady. Chyba jeszcze nie posiadamy całkowitego dystansu do siebie, no chyba, że Amerykanie też nie posiadają, a serial cieszy się największym wskaźnikiem oglądalności poza granicami Ameryki. Pozwolę sobie zacytować fragment. Sytuacja dzieje się, kiedy Homer przyjeżdża wraz z rodziną na Alaskę. Przed wyjazdem do tego stanu, zatrzymują się przed budką strażnika celnego.
"-Serdecznie witam na Alasce. Proszę oto tysiąc dolarów.
-Ale za co?
-Każdy dostaje za to, ze pozwala towarzystwom naftowym psuć piękno naszego stanu."
Film można ocenić poprzez dwa pryzmaty. Pierwszy jest prosty. Ekranizacja zabawna, dużo śmiechu, dobra rozrywka na nudne popołudnia. Ale można również zastanowić się głębiej nad sensem, bo jakby nie patrzeć, to zwykle reżyser chce nam często coś przekazać. Związku z tym, ze The Simpsons: Movie opowiada o rodzinie Simpsonów, to też problematyka dotyczy ogniska domowego.
Niby najlepiej z rodziną wychodzi się na zdjęciu, ale bez niej też trudno żyć. Każdy potrzebuje czułości, chcemy, aby ktoś nas uściskał, wysłuchał, zrozumiał. I tutaj właśnie dążę do sytuacji Barta. On mając z ojcem niemalże kumplowskie stosunki, pewnego razu tęskni za ojcowską czułością, taką jaką otrzymują codziennie synowie Flandersa. Tak więc latorośl Simpsona i sąsiad zaprzyjaźniają się, ich kontakty ocieplają się, a "ciotka Histeria" bądź "profesorek Nerwolek" zastępuje mu tatę, co prawda na pewien czas, ale daje to do myślenia. Wiadomo, ze dobre kontakty między synem a ojcem są wskazane, ale rodzic to nie kumpel, czasami musi przywołać do porządku, przytulić. Homer chyba nie zdaje sobie z tego sprawy, dla niego medium, które ma na celu wychowanie dzieci to tylko i wyłącznie telewizor, nie rodzic.
Powracając jeszcze do refleksyjnych tematów, to wspomnę o wybryku Homera. Czasami jakiś pewien głupi i nieprzemyślany czyn, potrafi zaszkodzić nie tylko nam, ale również i innym. Może nie dałoby tak potwornych skutków, jakie to miały miejsce w Springfield, ale wiadomo, że życie to nie bajka i nie wszystko kończy się w rzeczywistości dobrze, nawet coś wielce katastroficznego. Tak sobie myślę, ilu cierpień drugiego człowieka oszczędzilibyśmy, gdybyśmy nie patrzyli wyłącznie na czubek własnego nosa, ale czasami i rozjarzylibyśmy się dookoła. Łatwo powiedzieć, sama święta nie jestem, ale najlepiej świat zacząć zmienia od siebie samego.
Powinnam jeszcze wspomnieć o dobrej pracy tłumacza, który sprytnie polskie wątki wplótł na ziemię amerykańską, a to na pewno wielka sztuka i trudna praca. Przypomnę tutaj słowa prezydenta Schwarzenegera: "W tych oczach tyle zła, zęby jak szable. Jak u ministra oświaty z dalekiego kraju.". Może młodsze pokolenie tego nie zrozumie, ale ci którzy do szkoły musieli chodzić w mundurkach, doskonale zdają sobie sprawę o kogo chodzi.
Pochwalę również dubbing, ponieważ głosy aktorów doskonale zostały dobrane do postaci. Ale to niedziwne, bo odważę się stwierdzić, że akurat w tym fachu to Polacy są dobrzy, wystarczy chociażby wspomnieć samego Shreka i kultowe kreacje Stuhra, Zamachowskiego.
Na zakończenie polecę jeszcze raz film, ale zaznaczę, że trzeba posiadać dość specyficzne poczucie humoru, ponieważ może się zdarzyć, że kogoś Simpsonowie nie będą bawić tak samo jak mnie. Ale dopóki człowiek nie sprawdzi sam, to nie będzie wiedział.
*Cytaty mogą nie być w stu procentach identyczne jak te w filmie, ale starałam się oddać je najdokładniej jak tylko mogłam.























