Beksa / "Cry baby"
Tarantinka - artukuł dodany 2011-08-29 11:05
1
5.0
874
Szalone lata 50., gdzie wolnością była muzyka. Moja recenzja jednego z pierwszych hitów Johnny"ego Deppa.
Wade "beksa" Walker symbolizuje wszystko co najgorsze. A przynajmniej tak twierdzą matki wszystkich dobrych panien w okolicy. Nie stroni od używek, nosi skórzaną kurtkę, jeździ motocyklem, a na dodatek (o zgrozo!) słucha tego okropnego rock'n'rolla i jest największym łobuzem w Baltimore! Jednakże jego urok osobisty i najszczersze łzy sprawiają, że kobiety nie mogą mu się oprzeć. Również Allison Vernon-Williams, zwana przez bandę Walkera "sztywniaczką". Jest całkowitym przeciwieństwem Beksy. Z dobrego domu, manierami i eleganckimi bluzkami zapiętymi pod samą szyję. Mimo to dziewczyna zakochuje się w Beksie i jego rockowym świecie.
John Waters zasłyną jako twórca kina "złego smaku". Dziś jest już uznawany za jego ikonę. Filmy Watersa to w znakomitej większości pokręcone historie jeszcze bardziej pokręconych bohaterów. Kamieniem milowym w jego twórczości były "Różowe flamingi" - klasyka kina kampowego. Film, który wypromował Watersa na szeroką skalę i sprawił, że stał się on guru miłośników kina klasy "z" dzisiaj zapewne nie zrobiłby takiej furory jak 30 lat temu. Najzwyczajniej w świecie opowiadał o rodzinie, która chlubi się tym, że jest najbardziej ohydną i plugawą rodziną na ziemi. Wkrótce pojawia się jednak małżeństwo, które uważa, że to im powinien przypaść ten zaszczytny tytuł. I tak o to, rozpoczyna się ohydna rywalizacja, między najplugawszymi ludźmi na ziemi.
"Beksa" w porównaniu z pierwszym hitem reżysera wydaje się więc być całkiem normalną historią. Waters z nostalgią wspomina tu lata 50. - czas wielkich przemian. Czas rodzącego się kultu rock'n'rolla i coraz bardziej wyzwalającej się spod konwenansów młodzieży. Ironiczne skontrastowanie "sztywniaków" i łobuzów w stylu Beksy bardzo zgrabnie pokazało przemiany zachodzące w społeczeństwie amerykańskim. Waters, który przez całe życie uważany był za dziwaka, bardzo dobrze rozumie outsiderów, czego dowód dawał w swoich filmach. Również tym. Banda Beksy to plejada soczystych i barwnych postaci, znakomicie wykreowanych przez reżysera. Wyzwolona Wanda (znakomicie zagrana przez byłą gwiazdę porno Traci Lords), całkiem optymistycznie nastawiona do życia Paskuda (Kim McGuire) czy chociażby Milton - syn żarliwych katolików, który ku ich przerażeniu wstąpił na "drogę przestępczą" u boku Beksy. Ta parada osobowości to popis kąśliwego i bezczelnego poczucia humoru reżysera, który sam kiedyś powiedział mniej więcej tyle, że wymiotujący na jego filmie widz, byłby dla niego niczym owacje na stojąco.
Najjaśniejszym punktem filmu jest oczywiście Beksa. Johnny Depp stworzył świetną kreację, ocierającą się wręcz o autoparodię. Już na początku kariery przypięto mu bowiem łatkę rock'n'rollowego buntownika, otoczonego nieco romantyczno-nihilistyczną aurą. Wypisz wymaluj Beksa. W filmie Watersa pokazał, że ma wielki dystans do siebie i tego, jak jest postrzegany przez swoich miłośników. Beksa w jego wykonaniu to ktoś pomiędzy Jimem Starkiem z "Buntownika bez powodu" a Dannym Zuko z "Grease". Oczywiście wszystko połączone i zagrane na prześmiewczą nutę.
Waters nie oszczędza konserwatywnego społeczeństwa lat 50. Nie przebiera w uszczypliwościach, wypomina zakłamaną moralność, pokazując, że człowiek wepchnięty w sztywne ramy, pozbawiony swobody dziczeje bardziej niż łobuzy z bandy Beksy.
Reżyser opanował do perfekcji sztukę tzw. dobrego złego smaku. Teoretycznie wszystko co jest tu na pierwszym planie "sztywniacy" uznaliby za prymitywne, głupie i odrażające. Jednakże nie trudno zauważyć, że Watersowi od czasów "Różowych flamingów" stępił się nieco ten pazur prowokacyjności.
"Beksa" to trashowe kino, ubrane jednak w nieco ładniejsze fatałaszki. Radosny rock'n'roll, rewelacyjną scenografię i fabułę, która przy odrobinie dobrej woli staje się całkiem przyjemna. No i ten Iggy Pop na drugim planie...
Wade "beksa" Walker symbolizuje wszystko co najgorsze. A przynajmniej tak twierdzą matki wszystkich dobrych panien w okolicy. Nie stroni od używek, nosi skórzaną kurtkę, jeździ motocyklem, a na dodatek (o zgrozo!) słucha tego okropnego rock'n'rolla i jest największym łobuzem w Baltimore! Jednakże jego urok osobisty i najszczersze łzy sprawiają, że kobiety nie mogą mu się oprzeć. Również Allison Vernon-Williams, zwana przez bandę Walkera "sztywniaczką". Jest całkowitym przeciwieństwem Beksy. Z dobrego domu, manierami i eleganckimi bluzkami zapiętymi pod samą szyję. Mimo to dziewczyna zakochuje się w Beksie i jego rockowym świecie.
John Waters zasłyną jako twórca kina "złego smaku". Dziś jest już uznawany za jego ikonę. Filmy Watersa to w znakomitej większości pokręcone historie jeszcze bardziej pokręconych bohaterów. Kamieniem milowym w jego twórczości były "Różowe flamingi" - klasyka kina kampowego. Film, który wypromował Watersa na szeroką skalę i sprawił, że stał się on guru miłośników kina klasy "z" dzisiaj zapewne nie zrobiłby takiej furory jak 30 lat temu. Najzwyczajniej w świecie opowiadał o rodzinie, która chlubi się tym, że jest najbardziej ohydną i plugawą rodziną na ziemi. Wkrótce pojawia się jednak małżeństwo, które uważa, że to im powinien przypaść ten zaszczytny tytuł. I tak o to, rozpoczyna się ohydna rywalizacja, między najplugawszymi ludźmi na ziemi.
"Beksa" w porównaniu z pierwszym hitem reżysera wydaje się więc być całkiem normalną historią. Waters z nostalgią wspomina tu lata 50. - czas wielkich przemian. Czas rodzącego się kultu rock'n'rolla i coraz bardziej wyzwalającej się spod konwenansów młodzieży. Ironiczne skontrastowanie "sztywniaków" i łobuzów w stylu Beksy bardzo zgrabnie pokazało przemiany zachodzące w społeczeństwie amerykańskim. Waters, który przez całe życie uważany był za dziwaka, bardzo dobrze rozumie outsiderów, czego dowód dawał w swoich filmach. Również tym. Banda Beksy to plejada soczystych i barwnych postaci, znakomicie wykreowanych przez reżysera. Wyzwolona Wanda (znakomicie zagrana przez byłą gwiazdę porno Traci Lords), całkiem optymistycznie nastawiona do życia Paskuda (Kim McGuire) czy chociażby Milton - syn żarliwych katolików, który ku ich przerażeniu wstąpił na "drogę przestępczą" u boku Beksy. Ta parada osobowości to popis kąśliwego i bezczelnego poczucia humoru reżysera, który sam kiedyś powiedział mniej więcej tyle, że wymiotujący na jego filmie widz, byłby dla niego niczym owacje na stojąco.
Najjaśniejszym punktem filmu jest oczywiście Beksa. Johnny Depp stworzył świetną kreację, ocierającą się wręcz o autoparodię. Już na początku kariery przypięto mu bowiem łatkę rock'n'rollowego buntownika, otoczonego nieco romantyczno-nihilistyczną aurą. Wypisz wymaluj Beksa. W filmie Watersa pokazał, że ma wielki dystans do siebie i tego, jak jest postrzegany przez swoich miłośników. Beksa w jego wykonaniu to ktoś pomiędzy Jimem Starkiem z "Buntownika bez powodu" a Dannym Zuko z "Grease". Oczywiście wszystko połączone i zagrane na prześmiewczą nutę.
Waters nie oszczędza konserwatywnego społeczeństwa lat 50. Nie przebiera w uszczypliwościach, wypomina zakłamaną moralność, pokazując, że człowiek wepchnięty w sztywne ramy, pozbawiony swobody dziczeje bardziej niż łobuzy z bandy Beksy.
Reżyser opanował do perfekcji sztukę tzw. dobrego złego smaku. Teoretycznie wszystko co jest tu na pierwszym planie "sztywniacy" uznaliby za prymitywne, głupie i odrażające. Jednakże nie trudno zauważyć, że Watersowi od czasów "Różowych flamingów" stępił się nieco ten pazur prowokacyjności.
"Beksa" to trashowe kino, ubrane jednak w nieco ładniejsze fatałaszki. Radosny rock'n'roll, rewelacyjną scenografię i fabułę, która przy odrobinie dobrej woli staje się całkiem przyjemna. No i ten Iggy Pop na drugim planie...

















