The social network movie
Tarantinka - artukuł dodany 2011-08-02 10:58
0
5.0
967
Moja recenzja filmu wzbogacona o różne przemyślenia, jakie nasunęły mi się po seansie. Dlatego tekst całkiem spory :) Napisałam go już jakiś czas temu, przed galą oscarową, dlatego proszę się nie dziwić, czytając jeden z akapitów :)
Kręcenie takich filmów jak "The social network" zawsze wiąże się z ryzykiem. Po pierwsze dlatego, że historia, o której chce się opowiedzieć, tworzy się na bieżąco, a po drugie – jej bohaterowie żyją nadal. W takich przypadkach łatwo o przesadę czy pewnego rodzaju przekłamania. Fincherowi udało się ich uniknąć. Po części zapewne dlatego, że zrezygnował z chwytów typowych dla kina biograficznego i przedstawił kulisy powstawania Facebooka, dzięki językowi thrillera. Intrygująca muzyka i szybki montaż sprawiły, że w gruncie rzeczy mało pasjonującą historię Marka Zuckenberga ogląda się rewelacyjnie, a dwugodzinny seans gadających głów wciąga niczym rasowy dreszczowiec.
Przyszłego miliardera poznajemy w jednym z pubów na terenie miasteczka akademickiego Harvardu. Jest na randce z dziewczyną. Opowiada głównie o sobie, a jeśli już zwraca się do dziewczyny to tylko po to, żeby skrytykować jej poziom wykształcenia. Obrażona dziewczyna zrywa, a urażony Mark wylewa swoje frustracje w internecie. Już wkrótce w jego głowie kiełkuje pomysł na portal, który pozwoliłby studentom wiedzieć wszystko o sobie nawzajem. Mark, który marzy o dołączeniu do ekskluzywnych grup studenckich, a z drugiej strony gardzi też ich ekskluzywnością, która dzieli studentów na lepszych i gorszych, chce stworzyć portal, który byłby dostępny dla wszystkich.
The Facebook szybko okazuje się sukcesem, jednak jeszcze szybciej skazuje twórcę na większe osamotnienie. Od Zuckenberga odwraca się najlepszy i w zasadzie jedyny przyjaciel, który podaje go do sądu za oszustwo, a zaraz po nim odzywają się dwaj inni studenci, oskarżający Zuckenberga o kradzież pomysłu na portal. Rozpoczyna się długa batalia, gdzie stawką będą wielkie pieniądze.
David Fincher to jeden z najciekawszych reżyserów ostatnich lat. Tworzy filmy charakterystyczne, nie rzadko kultowe ("Fight club"), często niesamowite ("Benjamin Button"), ale mimo to niepozbawione tego pierwiastka realizmu, dzięki czemu każda opowiedziana przez niego historia z łatwością może trafić do widza. Tak jest i z "The social network". Historią opowiedzianą ciekawie, intrygująco, ale mimo wszystko dotyczącą zwykłego człowieka i jego problemów. Powiedzmy sobie szczerze, kulisy powstawania Facebooka nie mają w sobie takiego filmowego potencjału jak np. schizofreniczny świat z "Fight clubu" czy żmudne śledztwo w "Zodiaku". A jednak Fincher wyciągnął z tej historii wszystkie jej najciekawsze aspekty, zatrudnił do współpracy świetnych fachowców i w taki sposób zrobił film, który zasłużenie zgarnia co ważniejsze nagrody.
Napisania scenariusza podjął się Aaron Sorkin. Scenarzysta znakomity, twórca między innymi świetnych tekstów do "Ludzi honoru". Fakt, że na pięć napisanych filmów za cztery był nominowany do Złotego Globu świadczy sam za siebie.
Cieszy fakt, że tym razem twórca w końcu został nim nagrodzony. Tym razem Sorkin napisał scenariusz na podstawie książki Bena Mezricha "Milionerzy z przypadku". Nie patyczkował się z Zuckenbergiem. Pokazał go jako zamkniętego w sobie, zarozumiałego bufona i aspołecznego osobnika, który nie potrafi się z nikim dogadać. Odrzucony przez brać studencką, gardzi systemem dzielącym ludzi na lepszych i gorszych, ale z drugiej strony sam chciałby należeć do tej "fajniejszej" grupy. Brak znaczącej pozycji w hierarchii studenckiej, pogłębia jego frustrację i poczucie niezrozumienia. Internet traktuje jako sposób, który pozwoliłby mu zyskać przychylność społeczności i sympatię dziewczyn. Jedyne miejsce gdzie może się wykazać i być kimś znaczącym. Wkrótce dzięki pomocy swoich współlokatorów zaczyna tworzyć zalążek Facebooka – internetową stronę umożliwiającą porównywanie atrakcyjności studentek; pomysł, wpędzi go w niemałe kłopoty, a także pokaże, że Zuckenberg to nie tylko niewinny, zahukany kujon, który żyje w sieci. Okazuje się być też egoistą i manipulatorem, który zraniony, nie liczy się z uczuciami innych. A gdy już osiąga sukces, potrafi zdradzić ludzi, którzy pomogli mu go osiągnąć.
Na nic zdały się protesty prawdziwego Marka Zuckenberga, który oskarżał twórców, a przede wszystkim Sorkina o szkalowanie swojej osoby. Gdzie leży prawda, pewnie nigdy się nie dowiemy, ale mimo wszystko praca scenarzysty godna jest wszelkich nagród. Dialogi w "Social network" to prawdziwe perełki. Dynamiczne, intrygujące i pełne napięcia sprawiają, że film ogląda się z zapartym tchem, nie wiedząc kiedy uciekają te cenne minuty. Fincher, znając potrzeby odbiorcy, czyli przeciętnego widza, który obecnie przyzwyczajony jest do szybkich informacji i błyskawicznie zmieniających się obrazów, pozbawił film zbędnych dłużyzn. Dynamiczny montaż, szybkie ruchy kamery, nie pozwalają widzowi na nudę.
Cynik powiedziałby, że "The social network" to tylko kolejna opowieść o podróży od zera do bohatera i spełnianiu swojego amerykańskiego snu. Niczym nie różniąca się od wielu podobnych do siebie historii. Czy aby na pewno? Czy Marka Zuckenberga można nazwać bohaterem? Tu już punkt widzenia zależy od punktu siedzenia. Owszem, nie ulega wątpliwości, że docenić go trzeba. Jest najmłodszym miliarderem w historii, stworzył portal, który zrewolucjonizował sieć i kontakty
międzyludzkie. Ale trzeba przyznać, że jego droga do sukcesu nie była tak piękna jakby się mogło wydawać. Znalazła się na niej i samotność i zdrada, a również oszustwo i kradzież. Fincher nie rozgrzesza Zuckenberga, wytyka mu błędy, wady i zza kamery grozi palcem, jakby chciał dać mu do zrozumienia, że wszystko co go spotkało, nie jest dziełem przypadku, a tylko skutkiem podjętych przez niego decyzji. Mimo wszystko nie ocenia go. Tę decyzję pozostawia widzowi. Ciężko bowiem, mimo wszystkich wad, nie czuć lekkiej sympatii do filmowego Zuckenberga. Może nawet współczucia. Na przesłuchaniach pozuje na pewnego siebie i zadufanego w sobie japiszona, ale już potem widać, że w gruncie rzeczy sukces materialny nie poszedł w parze z sukcesem prywatnym.
Zuckenberg jest samotny, potrzebuje bliskości, próbuje nawet umówić się z pracownicą kancelarii obecną na przesłuchaniu, a gdy ta mu odmawia, Markowi pozostaje już tylko wrócić do swojego internetowego świata. Zyskał 3 mln internetowych przyjaciół a w prawdziwym życiu stracił tych prawdziwych.
Fincher miał nosa wybierając sobie ludzi do współpracy. Udało mu się nie tylko z wyborem scenarzysty, ale i muzyków. Do stworzenia soundtracku zaprosił Trenta Reznora i Atticusa Rossa. Doświadczony muzyk, wokalista industrialowego Nine Inch Nails do spółki z początkującym kompozytorem (Ross zrobił muzykę dopiero do 3 filmów!) stworzyli ciekawy materiał, idealnie wpasowujący się w klimat filmu. Ba! Często to właśnie ich muzyka ów klimat buduje. Chociaż prawdę powiedziawszy, twórcy nie zaskoczyli niczym nowym. Nastrój ścieżki dźwiękowej budzi skojarzenia z dokonania Reznora z NIN, a niektóre partie muzyczne przypominają wcześniejszy materiał Rossa (z "Book of Eli"), ale mimo wszystko kilka numerów to prawdziwe perełki. Na uwagę zasługuje przede wszystkim nowa wersja "In the hall of mountain king" Edvarda Griega. Ciekawymi i klimatycznymi numerami są też: "In motion" oraz "On we march". Cała reszta to już industrialowo-trance’owa mieszanka, która dobrze sprawdziłaby się i na niejednej imprezie.
Coby jednak nie mówić twórcy słusznie zostali nagrodzeni Złotym Globem. Może i nie zaskoczyli odbiorców niczym nowym, może i powtarzają się, jednak trzeba przyznać, że stworzyli materiał, który buduje "The social network". Kiedy trzeba przyspieszą, kiedy trzeba zrobią napięcie. Czuć tutaj klimat Reznora. Harmonia i skomplikowana precyzja jego muzyki jest idealnym tłem, dla równie skomplikowanych losów Marka Zuckenberga.
Nowe dzieło Finchera czeka teraz wielki sprawdzian. Gala oscarowa. Nominowany aż w ośmiu kategoriach, w tym tak prestiżowych jak: najlepszy film, scenariusz czy reżyseria będzie musiał udowodnić, że nie jest tylko lekkostrawną i przyjemną wizualnie bajeczką. Zadanie trudne do wykonania, gdy ma się za konkurentów tak świetne obrazy jak: "King’s speech" Toma Hoopera, czy "Black swan" Darrena Aronowsky’ego. Trudne, ale nie niemożliwe do wykonania.
Owszem, film Finchera zachwyca przede wszystkim od strony technicznej. Ma świetne zdjęcia, dynamiczny, sprawny montaż, ciekawą oprawę muzyczną i rewelacyjną reżyserię. Wszystkie te elementy zresztą słusznie zostały nominowane przez Akademię. Niemniej jednak, Fincher pod pierzynką ładnych obrazków przemyca wiele ważnych spraw, dzięki czemu jego film daje do myślenia nie mniej niż przygody baletnicy czy zmagania króla z własnymi słabościami. Mówi po trosze o przyjaźni, o sukcesie i o wszystkich jego minusach. Dotyka spraw, które w mniejszy bądź większy sposób znane są każdemu z nas.
"The social network" jest inne niż dotychczasowe obrazy Finchera, ale mimo to nie uderza w psychikę widza tak mocno jak chociażby "Fight Clubem" czy "Siedem". Trudno oprzeć się wrażeniu, że po "Ciekawym przypadku Benjamina Buttona" Fincher idzie na łatwiznę. Nie próbuje zaintrygować widza, tak jak to robił opowiadając historię Tylera Durdena, czy wstrząsnąć nim tak jak podczas śledztwa prowadzonego przez Pitta i Freemana. Zamiast tego kręci historie, które łatwo się sprzedają. "Benjamin Button" to romantyczna historia o niemożliwej do spełnienia miłości, przepełniona licznymi mądrymi cytatami. Murowany hit. Social Network, mimo że bardziej kąśliwe i niewygodne dla nas, jako społeczeństwa karmionego kulturą masową, było chytrze przemyślane przez twórców. Powstało w odpowiednim momencie, kiedy to Facebook bije wszelkie rekordy i dzięki temu trafiło na podatny grunt. Czasy, kiedy niemalże każdy ma konto na Facebooku, a kto nie ma "nie istnieje" zapewniły filmowi rewelacyjną frekwencję i olbrzymi sukces finansowy.
"Social network" jest niczym Facebook. Wciągający, ale i prosty w środkach wyrazu, nie wymagający wielkiego zaangażowania ze strony odbiorcy. Fakt, że ten obraz wzbudził tak wielkie zainteresowanie na całym świecie, niewątpliwie świadczy to o tym, jak niezwykłą i ważną postacią jest Mark Zuckenberg, skoro film o nim potrafi zaciekawić ludzi w każdym zakątku świata. O dziwo, sam zainteresowany przyznał w jednym z wywiadów, że naprawdę nie jest nawet w połowie tak interesujący jak jego filmowa wersja, a jego życie jest dużo mniej ciekawe. Ciśnie się jednak na usta pytanie, czy ten film odniósłby aż taki sukces, w czasach gdy Facebook nie był wydarzeniem na skale globalną, albo gdyby się już po prostu… znudził?
Nakręcenie "The social network" było znakomitym posunięciem marketingowym.
Zważywszy na niesłabnącą, a wręcz rosnącą popularność portalu, trudno sobie wyobrazić, że film Finchera miałby odejść w zapomnienie. Obydwa elementy znakomicie współgrają ze sobą. Popularność Facebooka sprawia, że wiele osób z chęcią sięgnie po film, żeby odpowiedzieć sobie na odwieczne pytanie "a jak to wszystko się zaczęło", natomiast popularności filmu automatycznie zwiększa dochody jakie przynosi Facebook. Portal Zuckenberga to w filmie Finchera nie tylko temat, ale i bezpardonowo wykorzystywany produkt placement, atakujący naszą podświadomość.
Historia Marka Zuckenberga ma też drugie dno. Pokazuje jak silne są podziały i moc pieniądza, nawet w tak demokratycznym państwie jak USA, gdzie, według optymistycznej wersji, każdy ma równe szanse i każdy może osiągnąć sukces. Fincher obnaża jednak bezlitosną prawdę. Nie każdy ma równe szanse, a pieniądz to połowa sukcesu. Reżyser stawia na przeciwległych biegunach Marka i braci Winkelvoss. Z jednej strony rewelacyjny programista, ale i kompletnie niedostosowany społecznie i mało atrakcyjny chłopak. Z drugiej zaś przystojni wioślarze, których pieniądze rodziców ustawiły w odpowiednim miejscu w hierarchii studenckiej. Zwracają uwagę na Marka dopiero w momencie,gdy zaczyna się o nim robić głośno na uczelni. Zachęcają go do współpracy, dzięki propozycji dołączenia do elitarnej grupy studenckiej. Mark, który zawsze o tym marzył z chęcią się zgadza, ale jest dużo bardziej przebiegły niż braciom mogłoby się wydawać. Proponując mu współpracę naiwnie myśleli, że wykorzystają piekielnie inteligentnego chłopaka, który będzie pracował na ich sukces… Jakież musiało być ich zdziwienie, kiedy to właśnie ten niepozorny outsider okazał się bardziej bezczelny od nich i bezwzględnie ich wykiwał.
Mark Zuckenberg dążył do celu, może niezbyt moralnymi sposobami, ale wiedział, że to niejednokrotnie jedyne wyjście, aby osiągnąć sukces, kosztem tych lepiej ustawionych, którym od początku było łatwiej w życiu. Znakomicie odnalazł się w wyścigu szczurów; i wygrał go. A David Fincher zdaje nam po prostu relacje z jego przebiegu. Mimo wszystko, lubię to !
Kręcenie takich filmów jak "The social network" zawsze wiąże się z ryzykiem. Po pierwsze dlatego, że historia, o której chce się opowiedzieć, tworzy się na bieżąco, a po drugie – jej bohaterowie żyją nadal. W takich przypadkach łatwo o przesadę czy pewnego rodzaju przekłamania. Fincherowi udało się ich uniknąć. Po części zapewne dlatego, że zrezygnował z chwytów typowych dla kina biograficznego i przedstawił kulisy powstawania Facebooka, dzięki językowi thrillera. Intrygująca muzyka i szybki montaż sprawiły, że w gruncie rzeczy mało pasjonującą historię Marka Zuckenberga ogląda się rewelacyjnie, a dwugodzinny seans gadających głów wciąga niczym rasowy dreszczowiec.
Przyszłego miliardera poznajemy w jednym z pubów na terenie miasteczka akademickiego Harvardu. Jest na randce z dziewczyną. Opowiada głównie o sobie, a jeśli już zwraca się do dziewczyny to tylko po to, żeby skrytykować jej poziom wykształcenia. Obrażona dziewczyna zrywa, a urażony Mark wylewa swoje frustracje w internecie. Już wkrótce w jego głowie kiełkuje pomysł na portal, który pozwoliłby studentom wiedzieć wszystko o sobie nawzajem. Mark, który marzy o dołączeniu do ekskluzywnych grup studenckich, a z drugiej strony gardzi też ich ekskluzywnością, która dzieli studentów na lepszych i gorszych, chce stworzyć portal, który byłby dostępny dla wszystkich.
The Facebook szybko okazuje się sukcesem, jednak jeszcze szybciej skazuje twórcę na większe osamotnienie. Od Zuckenberga odwraca się najlepszy i w zasadzie jedyny przyjaciel, który podaje go do sądu za oszustwo, a zaraz po nim odzywają się dwaj inni studenci, oskarżający Zuckenberga o kradzież pomysłu na portal. Rozpoczyna się długa batalia, gdzie stawką będą wielkie pieniądze.
David Fincher to jeden z najciekawszych reżyserów ostatnich lat. Tworzy filmy charakterystyczne, nie rzadko kultowe ("Fight club"), często niesamowite ("Benjamin Button"), ale mimo to niepozbawione tego pierwiastka realizmu, dzięki czemu każda opowiedziana przez niego historia z łatwością może trafić do widza. Tak jest i z "The social network". Historią opowiedzianą ciekawie, intrygująco, ale mimo wszystko dotyczącą zwykłego człowieka i jego problemów. Powiedzmy sobie szczerze, kulisy powstawania Facebooka nie mają w sobie takiego filmowego potencjału jak np. schizofreniczny świat z "Fight clubu" czy żmudne śledztwo w "Zodiaku". A jednak Fincher wyciągnął z tej historii wszystkie jej najciekawsze aspekty, zatrudnił do współpracy świetnych fachowców i w taki sposób zrobił film, który zasłużenie zgarnia co ważniejsze nagrody.
Napisania scenariusza podjął się Aaron Sorkin. Scenarzysta znakomity, twórca między innymi świetnych tekstów do "Ludzi honoru". Fakt, że na pięć napisanych filmów za cztery był nominowany do Złotego Globu świadczy sam za siebie.
Cieszy fakt, że tym razem twórca w końcu został nim nagrodzony. Tym razem Sorkin napisał scenariusz na podstawie książki Bena Mezricha "Milionerzy z przypadku". Nie patyczkował się z Zuckenbergiem. Pokazał go jako zamkniętego w sobie, zarozumiałego bufona i aspołecznego osobnika, który nie potrafi się z nikim dogadać. Odrzucony przez brać studencką, gardzi systemem dzielącym ludzi na lepszych i gorszych, ale z drugiej strony sam chciałby należeć do tej "fajniejszej" grupy. Brak znaczącej pozycji w hierarchii studenckiej, pogłębia jego frustrację i poczucie niezrozumienia. Internet traktuje jako sposób, który pozwoliłby mu zyskać przychylność społeczności i sympatię dziewczyn. Jedyne miejsce gdzie może się wykazać i być kimś znaczącym. Wkrótce dzięki pomocy swoich współlokatorów zaczyna tworzyć zalążek Facebooka – internetową stronę umożliwiającą porównywanie atrakcyjności studentek; pomysł, wpędzi go w niemałe kłopoty, a także pokaże, że Zuckenberg to nie tylko niewinny, zahukany kujon, który żyje w sieci. Okazuje się być też egoistą i manipulatorem, który zraniony, nie liczy się z uczuciami innych. A gdy już osiąga sukces, potrafi zdradzić ludzi, którzy pomogli mu go osiągnąć.
Na nic zdały się protesty prawdziwego Marka Zuckenberga, który oskarżał twórców, a przede wszystkim Sorkina o szkalowanie swojej osoby. Gdzie leży prawda, pewnie nigdy się nie dowiemy, ale mimo wszystko praca scenarzysty godna jest wszelkich nagród. Dialogi w "Social network" to prawdziwe perełki. Dynamiczne, intrygujące i pełne napięcia sprawiają, że film ogląda się z zapartym tchem, nie wiedząc kiedy uciekają te cenne minuty. Fincher, znając potrzeby odbiorcy, czyli przeciętnego widza, który obecnie przyzwyczajony jest do szybkich informacji i błyskawicznie zmieniających się obrazów, pozbawił film zbędnych dłużyzn. Dynamiczny montaż, szybkie ruchy kamery, nie pozwalają widzowi na nudę.
Cynik powiedziałby, że "The social network" to tylko kolejna opowieść o podróży od zera do bohatera i spełnianiu swojego amerykańskiego snu. Niczym nie różniąca się od wielu podobnych do siebie historii. Czy aby na pewno? Czy Marka Zuckenberga można nazwać bohaterem? Tu już punkt widzenia zależy od punktu siedzenia. Owszem, nie ulega wątpliwości, że docenić go trzeba. Jest najmłodszym miliarderem w historii, stworzył portal, który zrewolucjonizował sieć i kontakty
międzyludzkie. Ale trzeba przyznać, że jego droga do sukcesu nie była tak piękna jakby się mogło wydawać. Znalazła się na niej i samotność i zdrada, a również oszustwo i kradzież. Fincher nie rozgrzesza Zuckenberga, wytyka mu błędy, wady i zza kamery grozi palcem, jakby chciał dać mu do zrozumienia, że wszystko co go spotkało, nie jest dziełem przypadku, a tylko skutkiem podjętych przez niego decyzji. Mimo wszystko nie ocenia go. Tę decyzję pozostawia widzowi. Ciężko bowiem, mimo wszystkich wad, nie czuć lekkiej sympatii do filmowego Zuckenberga. Może nawet współczucia. Na przesłuchaniach pozuje na pewnego siebie i zadufanego w sobie japiszona, ale już potem widać, że w gruncie rzeczy sukces materialny nie poszedł w parze z sukcesem prywatnym.
Zuckenberg jest samotny, potrzebuje bliskości, próbuje nawet umówić się z pracownicą kancelarii obecną na przesłuchaniu, a gdy ta mu odmawia, Markowi pozostaje już tylko wrócić do swojego internetowego świata. Zyskał 3 mln internetowych przyjaciół a w prawdziwym życiu stracił tych prawdziwych.
Fincher miał nosa wybierając sobie ludzi do współpracy. Udało mu się nie tylko z wyborem scenarzysty, ale i muzyków. Do stworzenia soundtracku zaprosił Trenta Reznora i Atticusa Rossa. Doświadczony muzyk, wokalista industrialowego Nine Inch Nails do spółki z początkującym kompozytorem (Ross zrobił muzykę dopiero do 3 filmów!) stworzyli ciekawy materiał, idealnie wpasowujący się w klimat filmu. Ba! Często to właśnie ich muzyka ów klimat buduje. Chociaż prawdę powiedziawszy, twórcy nie zaskoczyli niczym nowym. Nastrój ścieżki dźwiękowej budzi skojarzenia z dokonania Reznora z NIN, a niektóre partie muzyczne przypominają wcześniejszy materiał Rossa (z "Book of Eli"), ale mimo wszystko kilka numerów to prawdziwe perełki. Na uwagę zasługuje przede wszystkim nowa wersja "In the hall of mountain king" Edvarda Griega. Ciekawymi i klimatycznymi numerami są też: "In motion" oraz "On we march". Cała reszta to już industrialowo-trance’owa mieszanka, która dobrze sprawdziłaby się i na niejednej imprezie.
Coby jednak nie mówić twórcy słusznie zostali nagrodzeni Złotym Globem. Może i nie zaskoczyli odbiorców niczym nowym, może i powtarzają się, jednak trzeba przyznać, że stworzyli materiał, który buduje "The social network". Kiedy trzeba przyspieszą, kiedy trzeba zrobią napięcie. Czuć tutaj klimat Reznora. Harmonia i skomplikowana precyzja jego muzyki jest idealnym tłem, dla równie skomplikowanych losów Marka Zuckenberga.
Nowe dzieło Finchera czeka teraz wielki sprawdzian. Gala oscarowa. Nominowany aż w ośmiu kategoriach, w tym tak prestiżowych jak: najlepszy film, scenariusz czy reżyseria będzie musiał udowodnić, że nie jest tylko lekkostrawną i przyjemną wizualnie bajeczką. Zadanie trudne do wykonania, gdy ma się za konkurentów tak świetne obrazy jak: "King’s speech" Toma Hoopera, czy "Black swan" Darrena Aronowsky’ego. Trudne, ale nie niemożliwe do wykonania.
Owszem, film Finchera zachwyca przede wszystkim od strony technicznej. Ma świetne zdjęcia, dynamiczny, sprawny montaż, ciekawą oprawę muzyczną i rewelacyjną reżyserię. Wszystkie te elementy zresztą słusznie zostały nominowane przez Akademię. Niemniej jednak, Fincher pod pierzynką ładnych obrazków przemyca wiele ważnych spraw, dzięki czemu jego film daje do myślenia nie mniej niż przygody baletnicy czy zmagania króla z własnymi słabościami. Mówi po trosze o przyjaźni, o sukcesie i o wszystkich jego minusach. Dotyka spraw, które w mniejszy bądź większy sposób znane są każdemu z nas.
"The social network" jest inne niż dotychczasowe obrazy Finchera, ale mimo to nie uderza w psychikę widza tak mocno jak chociażby "Fight Clubem" czy "Siedem". Trudno oprzeć się wrażeniu, że po "Ciekawym przypadku Benjamina Buttona" Fincher idzie na łatwiznę. Nie próbuje zaintrygować widza, tak jak to robił opowiadając historię Tylera Durdena, czy wstrząsnąć nim tak jak podczas śledztwa prowadzonego przez Pitta i Freemana. Zamiast tego kręci historie, które łatwo się sprzedają. "Benjamin Button" to romantyczna historia o niemożliwej do spełnienia miłości, przepełniona licznymi mądrymi cytatami. Murowany hit. Social Network, mimo że bardziej kąśliwe i niewygodne dla nas, jako społeczeństwa karmionego kulturą masową, było chytrze przemyślane przez twórców. Powstało w odpowiednim momencie, kiedy to Facebook bije wszelkie rekordy i dzięki temu trafiło na podatny grunt. Czasy, kiedy niemalże każdy ma konto na Facebooku, a kto nie ma "nie istnieje" zapewniły filmowi rewelacyjną frekwencję i olbrzymi sukces finansowy.
"Social network" jest niczym Facebook. Wciągający, ale i prosty w środkach wyrazu, nie wymagający wielkiego zaangażowania ze strony odbiorcy. Fakt, że ten obraz wzbudził tak wielkie zainteresowanie na całym świecie, niewątpliwie świadczy to o tym, jak niezwykłą i ważną postacią jest Mark Zuckenberg, skoro film o nim potrafi zaciekawić ludzi w każdym zakątku świata. O dziwo, sam zainteresowany przyznał w jednym z wywiadów, że naprawdę nie jest nawet w połowie tak interesujący jak jego filmowa wersja, a jego życie jest dużo mniej ciekawe. Ciśnie się jednak na usta pytanie, czy ten film odniósłby aż taki sukces, w czasach gdy Facebook nie był wydarzeniem na skale globalną, albo gdyby się już po prostu… znudził?
Nakręcenie "The social network" było znakomitym posunięciem marketingowym.
Zważywszy na niesłabnącą, a wręcz rosnącą popularność portalu, trudno sobie wyobrazić, że film Finchera miałby odejść w zapomnienie. Obydwa elementy znakomicie współgrają ze sobą. Popularność Facebooka sprawia, że wiele osób z chęcią sięgnie po film, żeby odpowiedzieć sobie na odwieczne pytanie "a jak to wszystko się zaczęło", natomiast popularności filmu automatycznie zwiększa dochody jakie przynosi Facebook. Portal Zuckenberga to w filmie Finchera nie tylko temat, ale i bezpardonowo wykorzystywany produkt placement, atakujący naszą podświadomość.
Historia Marka Zuckenberga ma też drugie dno. Pokazuje jak silne są podziały i moc pieniądza, nawet w tak demokratycznym państwie jak USA, gdzie, według optymistycznej wersji, każdy ma równe szanse i każdy może osiągnąć sukces. Fincher obnaża jednak bezlitosną prawdę. Nie każdy ma równe szanse, a pieniądz to połowa sukcesu. Reżyser stawia na przeciwległych biegunach Marka i braci Winkelvoss. Z jednej strony rewelacyjny programista, ale i kompletnie niedostosowany społecznie i mało atrakcyjny chłopak. Z drugiej zaś przystojni wioślarze, których pieniądze rodziców ustawiły w odpowiednim miejscu w hierarchii studenckiej. Zwracają uwagę na Marka dopiero w momencie,gdy zaczyna się o nim robić głośno na uczelni. Zachęcają go do współpracy, dzięki propozycji dołączenia do elitarnej grupy studenckiej. Mark, który zawsze o tym marzył z chęcią się zgadza, ale jest dużo bardziej przebiegły niż braciom mogłoby się wydawać. Proponując mu współpracę naiwnie myśleli, że wykorzystają piekielnie inteligentnego chłopaka, który będzie pracował na ich sukces… Jakież musiało być ich zdziwienie, kiedy to właśnie ten niepozorny outsider okazał się bardziej bezczelny od nich i bezwzględnie ich wykiwał.
Mark Zuckenberg dążył do celu, może niezbyt moralnymi sposobami, ale wiedział, że to niejednokrotnie jedyne wyjście, aby osiągnąć sukces, kosztem tych lepiej ustawionych, którym od początku było łatwiej w życiu. Znakomicie odnalazł się w wyścigu szczurów; i wygrał go. A David Fincher zdaje nam po prostu relacje z jego przebiegu. Mimo wszystko, lubię to !
















