Radio na fali
Tarantinka - artukuł dodany 2011-08-01 11:51
0
0.0
796
O rock"n"rollu, wolności i szalonych latach 60. na pokładzie pirackiego radia rock.
Anglicy to niezwykły naród. Mimo że uchodzą za nieco ponurych i zblazowanych dandysów, posiadają rewelacyjne, ironiczne poczucie humoru, dzięki czemu potrafią śmiać się z samych siebie. Również w filmach. Nic więc dziwnego, że oprócz Big Bena, rodziny królewskiej i deszczowej pogody, krainę Szekspira i Davida Beckhama rozsławia właśnie "brytyjskie poczucie humoru".
Jednym z mistrzów komedii na wyspach jest Richard Curtis, twórca pamiętnej "Czarnej Żmii. Jego "Radio na fali" to powrót do cudownych lat, kiedy szalał rock’n'roll, a granice przyzwoitości były pojęciem względnym.
Jest rok 1966 – złota era muzyki. Grupa didżejów-ekscentryków prowadzi nielegalne rockowe radio na statku dryfującym po Morzu Północnym. Wkrótce na pokładzie pojawia się 18letni Carl. Wyrzucony ze szkoły ma się zresocjalizować i nabrać ogłady, tymczasem natychmiast trafia w wir szalonych przygód i nieprzewidywalnych sytuacji. Jak się okaże, życie na statku z grupką podstarzałych hipisów i rockmanów nie jest najlepszym miejscem dla młodzieńca wymagającego twardej ręki.
"Radio na fali" to przede wszystkim rewelacyjna gra całego zespołu. Nie ma tu słabego ogniwa. Każda postać jest inna, przez co ma swój ważny wkład w całą historię. Mimo że obsada radia rock składa się z wielkich indywidualności, jak chociażby "Hrabiego", granego przez jedynego jankesa na pokładzie – Philipa Seymoura Hoffmana – to każdy się tu uzupełnia. Są niczym zgrana paczka kumpli występująca w jednym filmie. Nie sposób nie docenić tutaj szczególnie Billa Nighy, aktora-kameleona, który rzadko kiedy zawodzi. Jako uroczo ironiczny Quentin -typ angielskiego dżentelmena, wypada rewelacyjnie. Śmieszny nawet wtedy gdy nic nie mówi, a zachwyca samym sposobem bycia.
Richard Curtis postawił na prostotę. Nie od dziś wiadomo, że lubimy to co już znamy, a jak przyznaje jeden z bohaterów filmu "nie jest prosto być modnym, ale modnie jest być prostym".
I tak na ścieżce dźwiękowej mamy klasyczne już popowe i rockowe hity, które z łatwością wpadają w ucho i chodzą po głowie, nawet po zakończeniu seansu. Sama fabuła to również prościutka historia, będąca tylko pretekstem do powrotu do tych cudownych, może już nieco owianych legendą lat; gdzie wolność i muzyka znaczyły więcej niż władza i pieniądze.
"Radio na fali" ogląda się z rozrzewnieniem i tęsknotą. Im jednak bliżej końca tym bardziej dręczące jest jest pytanie: co u licha stało się z tym światem?
Może nieco na wyrost, ale po obejrzeniu filmu Curtisa, nasunęło mi się skojarzenie z "Hair" Milosa Formana. Podobny okres, podobna tematyka i podobny wydźwięk zakończenia. Władza nie lubi ludzi wolnych, idących swoją ścieżką.
Curtis napisał świetny scenariusz. Prosty, łatwy i przyjemny, ale nie banalny! Jakże brak dzisiaj takich komedii, gdzie twórcy po prostu rozśmieszaliby widza, a nie robili z niego idiotę.
"Radio na fali" to film niesłychanie optymistyczny, wprawiający w rewelacyjny nastrój.
Sama historia jak na komedię jest nieco przydługa (trwa ponad 2h), a cynikom może się wydać obrzydliwie ckliwa i nierealna. W końcu wiecznie świeci tu słońce, morze pięknie się mieni w jego blasku, a wszystkie problemy szybko znajdują swoje rozwiązanie. Może i jest trochę prawdy w tym narzekaniu, ale trudno nie dać się porwać szalonym przygodom zakręconych didżejów. Śmiejąc się przy tym od ucha do ucha. Jest to kino rozrywkowe w najczystszej postaci, którego priorytetem jest porwać widza z jego szarego świata pełnego problemów. Zapewne nie jeden z nas chciałby znaleźć się na miejscu Carla i przeżyć to co on.
Tym razem naprawdę warto popłynąć z prądem! Cieszyć się słońcem, piękną muzyką i wspomnieniami, którego każdego podczas seansu dosięgnął. Nawet jeśli nie przeżył szalonych lat 60 na własnej skórze.
Anglicy to niezwykły naród. Mimo że uchodzą za nieco ponurych i zblazowanych dandysów, posiadają rewelacyjne, ironiczne poczucie humoru, dzięki czemu potrafią śmiać się z samych siebie. Również w filmach. Nic więc dziwnego, że oprócz Big Bena, rodziny królewskiej i deszczowej pogody, krainę Szekspira i Davida Beckhama rozsławia właśnie "brytyjskie poczucie humoru".
Jednym z mistrzów komedii na wyspach jest Richard Curtis, twórca pamiętnej "Czarnej Żmii. Jego "Radio na fali" to powrót do cudownych lat, kiedy szalał rock’n'roll, a granice przyzwoitości były pojęciem względnym.
Jest rok 1966 – złota era muzyki. Grupa didżejów-ekscentryków prowadzi nielegalne rockowe radio na statku dryfującym po Morzu Północnym. Wkrótce na pokładzie pojawia się 18letni Carl. Wyrzucony ze szkoły ma się zresocjalizować i nabrać ogłady, tymczasem natychmiast trafia w wir szalonych przygód i nieprzewidywalnych sytuacji. Jak się okaże, życie na statku z grupką podstarzałych hipisów i rockmanów nie jest najlepszym miejscem dla młodzieńca wymagającego twardej ręki.
"Radio na fali" to przede wszystkim rewelacyjna gra całego zespołu. Nie ma tu słabego ogniwa. Każda postać jest inna, przez co ma swój ważny wkład w całą historię. Mimo że obsada radia rock składa się z wielkich indywidualności, jak chociażby "Hrabiego", granego przez jedynego jankesa na pokładzie – Philipa Seymoura Hoffmana – to każdy się tu uzupełnia. Są niczym zgrana paczka kumpli występująca w jednym filmie. Nie sposób nie docenić tutaj szczególnie Billa Nighy, aktora-kameleona, który rzadko kiedy zawodzi. Jako uroczo ironiczny Quentin -typ angielskiego dżentelmena, wypada rewelacyjnie. Śmieszny nawet wtedy gdy nic nie mówi, a zachwyca samym sposobem bycia.
Richard Curtis postawił na prostotę. Nie od dziś wiadomo, że lubimy to co już znamy, a jak przyznaje jeden z bohaterów filmu "nie jest prosto być modnym, ale modnie jest być prostym".
I tak na ścieżce dźwiękowej mamy klasyczne już popowe i rockowe hity, które z łatwością wpadają w ucho i chodzą po głowie, nawet po zakończeniu seansu. Sama fabuła to również prościutka historia, będąca tylko pretekstem do powrotu do tych cudownych, może już nieco owianych legendą lat; gdzie wolność i muzyka znaczyły więcej niż władza i pieniądze.
"Radio na fali" ogląda się z rozrzewnieniem i tęsknotą. Im jednak bliżej końca tym bardziej dręczące jest jest pytanie: co u licha stało się z tym światem?
Może nieco na wyrost, ale po obejrzeniu filmu Curtisa, nasunęło mi się skojarzenie z "Hair" Milosa Formana. Podobny okres, podobna tematyka i podobny wydźwięk zakończenia. Władza nie lubi ludzi wolnych, idących swoją ścieżką.
Curtis napisał świetny scenariusz. Prosty, łatwy i przyjemny, ale nie banalny! Jakże brak dzisiaj takich komedii, gdzie twórcy po prostu rozśmieszaliby widza, a nie robili z niego idiotę.
"Radio na fali" to film niesłychanie optymistyczny, wprawiający w rewelacyjny nastrój.
Sama historia jak na komedię jest nieco przydługa (trwa ponad 2h), a cynikom może się wydać obrzydliwie ckliwa i nierealna. W końcu wiecznie świeci tu słońce, morze pięknie się mieni w jego blasku, a wszystkie problemy szybko znajdują swoje rozwiązanie. Może i jest trochę prawdy w tym narzekaniu, ale trudno nie dać się porwać szalonym przygodom zakręconych didżejów. Śmiejąc się przy tym od ucha do ucha. Jest to kino rozrywkowe w najczystszej postaci, którego priorytetem jest porwać widza z jego szarego świata pełnego problemów. Zapewne nie jeden z nas chciałby znaleźć się na miejscu Carla i przeżyć to co on.
Tym razem naprawdę warto popłynąć z prądem! Cieszyć się słońcem, piękną muzyką i wspomnieniami, którego każdego podczas seansu dosięgnął. Nawet jeśli nie przeżył szalonych lat 60 na własnej skórze.

















