Harry Potter i Insygnia śmierci: part II
Tarantinka - artukuł dodany 2011-07-29 14:58
0
5.0
927
To już koniec, jak głosi plakat tej części. Przygoda dzieciństwa dobiegła końca, a Harry przeszedł już do kinowej historii.
Harry Potter dokonał żywota. Filmowego oczywiście. Po 8 filmach, 10 latach i prawie 7miliardów dolarów później nastąpił długo wyczekiwany koniec. Jedna z najbardziej kasowych i - śmiało można to już powiedzieć - kultowych serii zatoczyła koło. Kończąc tym samym pewien etap w historii kina i niewątpliwie w historii samych widzów, którzy dorastali wraz z bohaterami.
David Yates, któremu przypadło to zaszczytne, ale i jakże trudne zadanie zakończenia historii Harrego, spisał się lepiej niż można było podejrzewać na początku. Zrobił ten film po swojemu, za co pewnie większość miłośników książki go znienawidzi. Trzeba jednak przyznać, że obydwie odsłony "Insygniów" prezentują poziom o niebo lepszy od poprzednich dwóch części, dość nieudolnie zrobionych przez stawiającego pierwsze kroki w świecie magii Yates'a.
Druga odsłona siódmej części zgrabnie kontynuuje historię z poprzedniego filmu. Po przygodzie w dworze Malfoyów trójka głównych bohaterów trafia do pięknego domku Billa Weasley'a i jego żony Fleur. Wkrótce jednak przeznaczenie upomni się o swoje i przytulną kryjówkę trzeba będzie opuścić. Harry wraz z Ronem i Hermioną wyruszają w dalszą podróż w poszukiwaniu Insygniów Śmierci i horkruksów, których zniszczenie umożliwi pokonanie Lorda Voldemorta.
"Insygnia śmierci: część II" to najkrótszy i bez wątpienia najbardziej dynamiczny film z całej serii. W ciągu dwóch (jakże krótkich!) godzin sceneria zmienia się jak w kalejdoskopie. Urokliwy domek na plaży zmienia się w bank Gringotta, który opuszczamy razem z bohaterami brawurową ucieczką na smoku, a w końcu lądujemy w Hogwarcie, którego mieszkańcy postawieni w stan pełnej gotowości, będą musieli zmierzyć się z siłami Voldemorta. A Harry? Harry wykona w końcu zadanie, które czekało na niego 17 długich lat...
Teraz, kiedy jest już po wszystkim, można tylko przyklasnąć twórcom, którzy zdecydowali się na pokazanie finału w dwóch częściach. Może i kierowały nimi pobudki czysto finansowe, a nie dobro fanów (bo przecież w filmie trzeba zawrzeć jak najwięcej z książki...), ale co by nie mówić, z zdania wywiązali się bardzo dobrze; a biorąc pod uwagę miliony przeróżnych oczekiwań jakie na nich ciążyły, należy im tylko pogratulować.
Co ciekawe, obydwie części "Insygniów" różnią się od siebie znacznie. Pierwsza to prawdziwy dramat psychologiczny. Yates zrezygnował z efektownego kina (choć i tu nie brak widowiskowych scen) na rzecz wyważonego, nieco ponurego i spokojnego kina, gdzie od samych sił zła ważniejsze są relacje między głównymi bohaterami zmieniające się pod wpływem gęstniejącej atmosfery. Rodziny muszą się rozdzielić (chwytająca za serce scena, gdy Hermiona modyfikuje pamięć swoich rodziców). Na platonicznej więzi między głównymi bohaterami pojawiają się pierwsze rysy. Voldemort i jego poplecznicy niszczą nie tylko fizycznie, rzucając avadą kedavrą na prawo i lewo, ale i psychicznie - niszcząc relacje międzyludzkie, zasiewając ziarna niepewności na pewnym dotąd gruncie.
Zmieniła się nie tylko historia, ale i sami jej bohaterowie. Emma, Daniel i Rupert to coraz lepsi aktorzy, a Yates w końcu wydobył z nich to co najlepsze, dzięki czemu pierwszą odsłonę Insygniów ogląda się z zapartym tchem.
Ta część była jednak dopiero rozgrzewką przed finałowym starciem. Druga część to szybki, dynamiczny montaż, widowiskowe ujęcia, jakby twórcy chcieli pokazać wszystkie niezwykłości, jakich nie mieli szans zawrzeć w pierwszej części. Do tego mamy tutaj śmierć i dramat w niespotykanym we wcześniejszych częściach natężeniu. To już nie jest kino przygodowe z pierwszych części, gdzie odwaga i spryt pozwoliły bohaterom ujść z życiem.
Yates nie zawalił. Umożliwił nam przeżywanie końca tej historii w piękny sposób. Ciężko nie wzruszyć się widząc Hogwart obracający się w perzynę i jego ofiary, wraz z opłakującymi je rodzinami. Wzrusza również prawdziwa historia Severusa Snape'a, tak znakomicie zagranego przez Alana Rickmana.
Zdarzą się jednak wśród widzów i tacy, którzy będą się czuli poszkodowani. Nie do wszystkich bowiem trafi taka właśnie wizja ukochanej historii. Yates niektóre wątki pozmieniał, niektóre porzucił całkowicie. Udało mu się zrobić to tak, że każda zmiana wpłynęła pozytywnie na kształt filmu, nie zakłócając jego odbioru. Mimo że potteromaniacy mogą uznać to za potwarz, jest to przecież film dla wszystkich, również tych, którzy z książką nie mieli do czynienia.
Można się czepiać, że w "Insygniach" mało jest samych insygniów, a dynamicznych i momentami może nieco chaotyczny montaż nadaje całości teledyskowej estetyki. Yates chciał pokazać jak najwięcej, przez co niektóre wątki potraktował po macoszemu. Ponadto można odnieść wrażenie, że on sam nie wiedział co dokładnie chciał nakręcić: dramat czy komedię. Pojawiają się różne wstawki komediowe, tam gdzie groza powinna wylewać się z ekranu, a tam gdzie przydałaby się odrobina patosu, mało jest emocji.
Nie ma co jednak wieszać psów na twórcach, którzy chcąc pogodzić oczekiwania magicznego świata z ciekawskimi mugolami, pokazali historię Harry'ego w sposób przystępny dla obu stron. Zawsze ktoś będzie niezadowolony, zawsze komuś będzie czegoś brak. Ale czyż to nie my jesteśmy najlepszymi reżyserami, a nasza wyobraźnia kinowym ekranem?
Mimo że reżyserzy zmieniali się niemalże tak często jak nauczyciele obrony przed czarną magią, każdy z nich obierając inną filmową estetykę, to nadal pozostała ta sama historia. Zmienił się klimat, aktorzy wydorośleli, ale cała historia mimo upływu lat trafiała do nas tak samo. Płynnie dostosowując się do zmian jakie zaszły w nas samych.
Pozostaje mieć nadzieję, że dzięki filmowej przygodzie z Harrym i mugole uszcznęli coś dla siebie z tego magicznego świata.
Harry Potter dokonał żywota. Filmowego oczywiście. Po 8 filmach, 10 latach i prawie 7miliardów dolarów później nastąpił długo wyczekiwany koniec. Jedna z najbardziej kasowych i - śmiało można to już powiedzieć - kultowych serii zatoczyła koło. Kończąc tym samym pewien etap w historii kina i niewątpliwie w historii samych widzów, którzy dorastali wraz z bohaterami.
David Yates, któremu przypadło to zaszczytne, ale i jakże trudne zadanie zakończenia historii Harrego, spisał się lepiej niż można było podejrzewać na początku. Zrobił ten film po swojemu, za co pewnie większość miłośników książki go znienawidzi. Trzeba jednak przyznać, że obydwie odsłony "Insygniów" prezentują poziom o niebo lepszy od poprzednich dwóch części, dość nieudolnie zrobionych przez stawiającego pierwsze kroki w świecie magii Yates'a.
Druga odsłona siódmej części zgrabnie kontynuuje historię z poprzedniego filmu. Po przygodzie w dworze Malfoyów trójka głównych bohaterów trafia do pięknego domku Billa Weasley'a i jego żony Fleur. Wkrótce jednak przeznaczenie upomni się o swoje i przytulną kryjówkę trzeba będzie opuścić. Harry wraz z Ronem i Hermioną wyruszają w dalszą podróż w poszukiwaniu Insygniów Śmierci i horkruksów, których zniszczenie umożliwi pokonanie Lorda Voldemorta.
"Insygnia śmierci: część II" to najkrótszy i bez wątpienia najbardziej dynamiczny film z całej serii. W ciągu dwóch (jakże krótkich!) godzin sceneria zmienia się jak w kalejdoskopie. Urokliwy domek na plaży zmienia się w bank Gringotta, który opuszczamy razem z bohaterami brawurową ucieczką na smoku, a w końcu lądujemy w Hogwarcie, którego mieszkańcy postawieni w stan pełnej gotowości, będą musieli zmierzyć się z siłami Voldemorta. A Harry? Harry wykona w końcu zadanie, które czekało na niego 17 długich lat...
Teraz, kiedy jest już po wszystkim, można tylko przyklasnąć twórcom, którzy zdecydowali się na pokazanie finału w dwóch częściach. Może i kierowały nimi pobudki czysto finansowe, a nie dobro fanów (bo przecież w filmie trzeba zawrzeć jak najwięcej z książki...), ale co by nie mówić, z zdania wywiązali się bardzo dobrze; a biorąc pod uwagę miliony przeróżnych oczekiwań jakie na nich ciążyły, należy im tylko pogratulować.
Co ciekawe, obydwie części "Insygniów" różnią się od siebie znacznie. Pierwsza to prawdziwy dramat psychologiczny. Yates zrezygnował z efektownego kina (choć i tu nie brak widowiskowych scen) na rzecz wyważonego, nieco ponurego i spokojnego kina, gdzie od samych sił zła ważniejsze są relacje między głównymi bohaterami zmieniające się pod wpływem gęstniejącej atmosfery. Rodziny muszą się rozdzielić (chwytająca za serce scena, gdy Hermiona modyfikuje pamięć swoich rodziców). Na platonicznej więzi między głównymi bohaterami pojawiają się pierwsze rysy. Voldemort i jego poplecznicy niszczą nie tylko fizycznie, rzucając avadą kedavrą na prawo i lewo, ale i psychicznie - niszcząc relacje międzyludzkie, zasiewając ziarna niepewności na pewnym dotąd gruncie.
Zmieniła się nie tylko historia, ale i sami jej bohaterowie. Emma, Daniel i Rupert to coraz lepsi aktorzy, a Yates w końcu wydobył z nich to co najlepsze, dzięki czemu pierwszą odsłonę Insygniów ogląda się z zapartym tchem.
Ta część była jednak dopiero rozgrzewką przed finałowym starciem. Druga część to szybki, dynamiczny montaż, widowiskowe ujęcia, jakby twórcy chcieli pokazać wszystkie niezwykłości, jakich nie mieli szans zawrzeć w pierwszej części. Do tego mamy tutaj śmierć i dramat w niespotykanym we wcześniejszych częściach natężeniu. To już nie jest kino przygodowe z pierwszych części, gdzie odwaga i spryt pozwoliły bohaterom ujść z życiem.
Yates nie zawalił. Umożliwił nam przeżywanie końca tej historii w piękny sposób. Ciężko nie wzruszyć się widząc Hogwart obracający się w perzynę i jego ofiary, wraz z opłakującymi je rodzinami. Wzrusza również prawdziwa historia Severusa Snape'a, tak znakomicie zagranego przez Alana Rickmana.
Zdarzą się jednak wśród widzów i tacy, którzy będą się czuli poszkodowani. Nie do wszystkich bowiem trafi taka właśnie wizja ukochanej historii. Yates niektóre wątki pozmieniał, niektóre porzucił całkowicie. Udało mu się zrobić to tak, że każda zmiana wpłynęła pozytywnie na kształt filmu, nie zakłócając jego odbioru. Mimo że potteromaniacy mogą uznać to za potwarz, jest to przecież film dla wszystkich, również tych, którzy z książką nie mieli do czynienia.
Można się czepiać, że w "Insygniach" mało jest samych insygniów, a dynamicznych i momentami może nieco chaotyczny montaż nadaje całości teledyskowej estetyki. Yates chciał pokazać jak najwięcej, przez co niektóre wątki potraktował po macoszemu. Ponadto można odnieść wrażenie, że on sam nie wiedział co dokładnie chciał nakręcić: dramat czy komedię. Pojawiają się różne wstawki komediowe, tam gdzie groza powinna wylewać się z ekranu, a tam gdzie przydałaby się odrobina patosu, mało jest emocji.
Nie ma co jednak wieszać psów na twórcach, którzy chcąc pogodzić oczekiwania magicznego świata z ciekawskimi mugolami, pokazali historię Harry'ego w sposób przystępny dla obu stron. Zawsze ktoś będzie niezadowolony, zawsze komuś będzie czegoś brak. Ale czyż to nie my jesteśmy najlepszymi reżyserami, a nasza wyobraźnia kinowym ekranem?
Mimo że reżyserzy zmieniali się niemalże tak często jak nauczyciele obrony przed czarną magią, każdy z nich obierając inną filmową estetykę, to nadal pozostała ta sama historia. Zmienił się klimat, aktorzy wydorośleli, ale cała historia mimo upływu lat trafiała do nas tak samo. Płynnie dostosowując się do zmian jakie zaszły w nas samych.
Pozostaje mieć nadzieję, że dzięki filmowej przygodzie z Harrym i mugole uszcznęli coś dla siebie z tego magicznego świata.
















