Zacięta walka, rozdział 2
Listopadowa - artukuł dodany 2011-07-26 08:13
0
0.0
1442
Stare rany zostają rozdrapane, pada zbyt wiele słów, naprzeciw którym staje jedynie bezsilność.
Zegarek na chwiejnym stoliku w rogu pokazywał 12:00. Promienie słońca przedzierały się, przez to samo małe okno, zza którego Mary wczoraj widziała jedynie nieprzerwany deszcz. Rażąca jasność natrafiła na twarz dziewczyny, która leżała na łóżku, nieprzebrana, z zapuchniętymi oczami, które powoli otwierały się pod wymuszeniem drażniącego blasku. To było wprost nie do wytrzymania.
Mary zaczęła lekko przecierać powieki, ale bezwarunkowo cofnęła ręce, ponieważ poczuła niemiłosierny ból w lewym nadgarstku. To po wczorajszych "pocieszeniach", ślady, które pozostały na jej bladej skórze, nie tylko wyglądały okropnie, ale w równie wstrętny sposób dawały o sobie znać. Dziewczyna wręcz zeskoczyła z łóżka, wyjęła świeże ubrania z szafki i szykowała się do mycia. Była już przy drzwiach, gdy zsunęła nagle dłoń z klamki i odwróciła się. Ona wciąż tam była. Połyskiwała w słońcu, mając nadal na sobie jej zaschniętą krew. Leżała tam całą noc, jakby jej pilnowała, koło łóżka. Mary najpierw szybko ruszyła w stronę żyletki, a potem zwolniła. Stojąc nad nią, nie wiedziała, co za siła trzymała ją jakby w kajdanach i nie pozwalała jej podjąć ruchu i wyrzucić tego ohydnego przedmiotu. Nie wiedziała, co się z nią dzieje. Chciała się od tego uwolnić, ale nie potrafiła.
Nagle, raptownie się schyliła i wzięła żyletkę za jej ostry róg. Otworzyła okno i wyrzuciła. Wmawiała sobie, że odniosła sukces, że wygrała, jednak w niedopuszczalnej teraz przez nią podświadomości wiedziała, że jej ojczym John, ma jeszcze piękny komplecik w pojemniku, koło maszynki do golenia. Szybko wyszła z pokoju, starając się o wszystkim jak najszybciej zapomnieć. Wzięła długi prysznic, spływała na nią prawie, że gorąca woda, jednak ona i tak najbardziej czuła zimne, słone łzy.
W kuchni krzątała się zmizerniała matka. John trzymał dziś nad nią nadzór, bo była sobota, miał wolne, mógł dopilnować, żeby nie wypiła nawet kropli. Mary zaparzyła sobie herbatę, zajrzała do lodówki i zamknęła ją. Tam były tylko pustka i chłód, zupełnie jak w jej sercu. Wzięła suchą kromkę chleba i jadła zapatrzona w swój kubek.
- Może pojechalibyśmy dziś na zakupy? – zaproponowała słabym głosem matka. Wyglądała jakby miesiąc nie jadła i była po jakiejś przewlekłej chorobie. Worki pod oczami i ten wiecznie rozmazany tusz do rzęs wpasowały się w nią, komponując żałosny obraz. - Trzeba kupić jakieś jedzenie. To co jedziemy?
- Jasne, możemy zaraz - odpowiedział z u dawanym entuzjazmem John. - Dopiję kawę i możemy wychodzić. Mary, to jedz szybciej i…
- Nie będziesz mi mówił, co mam robić - fuknęła nagle dziewczyna. - Nie jesteś moim ojcem.
- Jak ty się odnosisz? - naskoczyła na nią matka. - Przeproś szybko i zbieraj się. Może jeszcze skorzystasz, przydałyby ci się jakieś ubrania, bo chodzisz w samych łachmanach.
- I kto to mówi? - zakpiła Mary.
- Ty gówniaro, nie masz za grosz szacunku do matki - wypaliła Nicol.
- Jak mogę go mieć, jeżeli ty sama go do siebie nie czujesz?! - krzyknęła prawie płacząc dziewczyna.
- Dość tego, nie mów tak do mamy - odezwał się John. - Przeproś ją i to już!
- Jeszcze raz ci człowieku powtarzam, że nie masz prawa mówić mi co mam robić. Odczep się ode mnie, odczep się od nas. Jakbyś się nie pojawił w naszym życiu, to mama by nie piła, a tata by od nas nie odszedł.
Mary puściły emocje.
- Co ty bredzisz? - zakpiła kobieta. - Twój ojciec puszczał się na prawo i lewo, aż w końcu dorwał tę młódkę i lata z nią teraz po wyspach. To on jest głównym powodem naszych problemów. Nawet alimentów nie płaci, taki tatuś…
- Jak śmiesz… - zaczęła dziewczyna.
- Milcz! - rozkazała Nicol. - John, wychodzimy, a ty młoda damo przemyśl sobie, co wygadujesz. Mam nadzieję, że dojdziesz do właściwych wniosków. Za karę posprzątaj tutaj. Straszny chlew…
Mary zaczekała, aż usłyszy dźwięk przetartego paska hamulcowego w ich samochodzie. Pojechali. Stała osłupiała po środku kuchni, z kubkiem w jednej ręce, a w drugiej z zeschniętym kawałkiem chleba. Nie miała już nawet siły płakać. Rozejrzała się dookoła. Rozważała, że może ulgę poczuje pracując fizycznie, ale szybko odrzuciła ten pomysł. Przed oczami miała jedno, żyletkę. Miotała się w myślach, wymyślając sobie od najgorszych i przekonując, że nie może tak łatwo ulegać. Miała przecież zacząć dzisiaj wszystko od nowa.
W jednym momencie wróciły do niej wszystkie słowa matki, to co powiedziała o niej i o ojcu. Poczuła straszne kłucie w sercu i wielką gulę w gardle. Cierpiała, cierpiała jej dusza. Odstawiła kubek i odłożyła skrawek chleba na stół. Poszła do łazienki.
Z małego białego pudełeczka wyjęła żyletkę. Spojrzała na nią, jakby chciała się jej wyżalić i pociągnęła po wymęczonych żyłach. Zaciskała usta i już nie czuła bólu wewnętrznego. Był tylko ten na zewnątrz, ale on w jakiś paradoksalny sposób przynosił największą ulgę… dla duszy.
Zegarek na chwiejnym stoliku w rogu pokazywał 12:00. Promienie słońca przedzierały się, przez to samo małe okno, zza którego Mary wczoraj widziała jedynie nieprzerwany deszcz. Rażąca jasność natrafiła na twarz dziewczyny, która leżała na łóżku, nieprzebrana, z zapuchniętymi oczami, które powoli otwierały się pod wymuszeniem drażniącego blasku. To było wprost nie do wytrzymania.
Mary zaczęła lekko przecierać powieki, ale bezwarunkowo cofnęła ręce, ponieważ poczuła niemiłosierny ból w lewym nadgarstku. To po wczorajszych "pocieszeniach", ślady, które pozostały na jej bladej skórze, nie tylko wyglądały okropnie, ale w równie wstrętny sposób dawały o sobie znać. Dziewczyna wręcz zeskoczyła z łóżka, wyjęła świeże ubrania z szafki i szykowała się do mycia. Była już przy drzwiach, gdy zsunęła nagle dłoń z klamki i odwróciła się. Ona wciąż tam była. Połyskiwała w słońcu, mając nadal na sobie jej zaschniętą krew. Leżała tam całą noc, jakby jej pilnowała, koło łóżka. Mary najpierw szybko ruszyła w stronę żyletki, a potem zwolniła. Stojąc nad nią, nie wiedziała, co za siła trzymała ją jakby w kajdanach i nie pozwalała jej podjąć ruchu i wyrzucić tego ohydnego przedmiotu. Nie wiedziała, co się z nią dzieje. Chciała się od tego uwolnić, ale nie potrafiła.
Nagle, raptownie się schyliła i wzięła żyletkę za jej ostry róg. Otworzyła okno i wyrzuciła. Wmawiała sobie, że odniosła sukces, że wygrała, jednak w niedopuszczalnej teraz przez nią podświadomości wiedziała, że jej ojczym John, ma jeszcze piękny komplecik w pojemniku, koło maszynki do golenia. Szybko wyszła z pokoju, starając się o wszystkim jak najszybciej zapomnieć. Wzięła długi prysznic, spływała na nią prawie, że gorąca woda, jednak ona i tak najbardziej czuła zimne, słone łzy.
W kuchni krzątała się zmizerniała matka. John trzymał dziś nad nią nadzór, bo była sobota, miał wolne, mógł dopilnować, żeby nie wypiła nawet kropli. Mary zaparzyła sobie herbatę, zajrzała do lodówki i zamknęła ją. Tam były tylko pustka i chłód, zupełnie jak w jej sercu. Wzięła suchą kromkę chleba i jadła zapatrzona w swój kubek.
- Może pojechalibyśmy dziś na zakupy? – zaproponowała słabym głosem matka. Wyglądała jakby miesiąc nie jadła i była po jakiejś przewlekłej chorobie. Worki pod oczami i ten wiecznie rozmazany tusz do rzęs wpasowały się w nią, komponując żałosny obraz. - Trzeba kupić jakieś jedzenie. To co jedziemy?
- Jasne, możemy zaraz - odpowiedział z u dawanym entuzjazmem John. - Dopiję kawę i możemy wychodzić. Mary, to jedz szybciej i…
- Nie będziesz mi mówił, co mam robić - fuknęła nagle dziewczyna. - Nie jesteś moim ojcem.
- Jak ty się odnosisz? - naskoczyła na nią matka. - Przeproś szybko i zbieraj się. Może jeszcze skorzystasz, przydałyby ci się jakieś ubrania, bo chodzisz w samych łachmanach.
- I kto to mówi? - zakpiła Mary.
- Ty gówniaro, nie masz za grosz szacunku do matki - wypaliła Nicol.
- Jak mogę go mieć, jeżeli ty sama go do siebie nie czujesz?! - krzyknęła prawie płacząc dziewczyna.
- Dość tego, nie mów tak do mamy - odezwał się John. - Przeproś ją i to już!
- Jeszcze raz ci człowieku powtarzam, że nie masz prawa mówić mi co mam robić. Odczep się ode mnie, odczep się od nas. Jakbyś się nie pojawił w naszym życiu, to mama by nie piła, a tata by od nas nie odszedł.
Mary puściły emocje.
- Co ty bredzisz? - zakpiła kobieta. - Twój ojciec puszczał się na prawo i lewo, aż w końcu dorwał tę młódkę i lata z nią teraz po wyspach. To on jest głównym powodem naszych problemów. Nawet alimentów nie płaci, taki tatuś…
- Jak śmiesz… - zaczęła dziewczyna.
- Milcz! - rozkazała Nicol. - John, wychodzimy, a ty młoda damo przemyśl sobie, co wygadujesz. Mam nadzieję, że dojdziesz do właściwych wniosków. Za karę posprzątaj tutaj. Straszny chlew…
Mary zaczekała, aż usłyszy dźwięk przetartego paska hamulcowego w ich samochodzie. Pojechali. Stała osłupiała po środku kuchni, z kubkiem w jednej ręce, a w drugiej z zeschniętym kawałkiem chleba. Nie miała już nawet siły płakać. Rozejrzała się dookoła. Rozważała, że może ulgę poczuje pracując fizycznie, ale szybko odrzuciła ten pomysł. Przed oczami miała jedno, żyletkę. Miotała się w myślach, wymyślając sobie od najgorszych i przekonując, że nie może tak łatwo ulegać. Miała przecież zacząć dzisiaj wszystko od nowa.
W jednym momencie wróciły do niej wszystkie słowa matki, to co powiedziała o niej i o ojcu. Poczuła straszne kłucie w sercu i wielką gulę w gardle. Cierpiała, cierpiała jej dusza. Odstawiła kubek i odłożyła skrawek chleba na stół. Poszła do łazienki.
Z małego białego pudełeczka wyjęła żyletkę. Spojrzała na nią, jakby chciała się jej wyżalić i pociągnęła po wymęczonych żyłach. Zaciskała usta i już nie czuła bólu wewnętrznego. Był tylko ten na zewnątrz, ale on w jakiś paradoksalny sposób przynosił największą ulgę… dla duszy.















