Poniedziałek, 21 Maja 2012. Imieniny: Kryspina, Wiktora
POWODZENIA NA DZISIEJSZEJ
MATURZE!
Wyszukaj zaawansowane
Teraz w Cogito
Archiwum
Idealni? Piękni?

Dopóki nie skończysz pięćdziesiątki, a w Ameryce nawet i dziewięćdziesiątki – liczy się to, jak (...) ta tendencja już lekko się wycisza, w pracy zawodowej wygląd pomaga, co zresztą potwierdzają badania.

Znajdź uczelnię

Typ uczelni:
Województwo:
Kierunek studiów:
Rodzaj studiów:
Szukana fraza:

Ankieta

Angielski na maturze był:
prosty
może być
trudny

4.5

Trans - psychodeliczne opowiadanko

Komentarze 0  Ocena 4.5  Odsłony 1593

Linkownia

Wykop Gwar Digg Del.icio.us Linkr Reddit
Opowieść o facecie, całkiem zwykłym, ze zwykłym problemem, napisana w niekonwencjonalny sposób.

Pada deszcz. Krople powoli spływają po szybie, jak łzy aniołów. W świetle ulicznych latarni są złote – złoty deszcz, była o tym kiedyś piosenka, albo wiersz, prawda? Nie pamiętam… Szczegóły zacierają się w pamięci, mogę winić sam siebie. Przecież to ja zdecydowałem, że lepiej nie pamiętać, lepiej pić na umór i ćpać, kupując prochy za ostatnie oszczędności, lepiej zostać wrakiem człowieka, niż stawić czoło teraźniejszym problemom.

Młodość. Naiwność. Głupota.

Jedenaście lat – pierwsze piwo.
Trzynaście – pierwszy łyk wódki, został w butelce, którą znalazłem na śmietniku. Pamiętam, pomyślałem wtedy coś w stylu "dlaczego ludzie wyrzucają coś tak wspaniałego, dlaczego nie piją do ostatniej kropli?".
W wieku czternastu lat wypaliłem pierwszego jointa. Nie wróciłem wtedy na noc do domu, mamie powiedziałem, że wciągnęła mnie gra video i zostałem u kolegi, ale… tak naprawdę, to nie wiem, czy ktoś w ogóle zauważył, że mnie nie ma.
Matka miała wtedy wieczorek karciany, przegrała fortunę, ale nieważne, bo to lubiła, lubiła ten trans, ten stan, w którym widzisz tylko karty i kupkę pieniędzy na stole, i liczy się tylko gra. Wygrasz, przegrasz, pasujesz, przegrasz, wygrasz, przegrasz, przegrasz, i tak w kółko, cały czas, a fundusze topnieją, dziecko jada u kolegów, ubiera się w ubrania za małe o dwa rozmiary, ale ty grasz, grasz, bo liczy się to uczucie, ten trans.
Ojca nigdy nie miałem. Nie, źle to ująłem. Ojca ma każdy, czy tego chce, czy nie chce, ale nie każdy ojciec ma dziecko. To zależy właśnie od tego, czy chce czy nie chce. Mój nie chciał. Trudno się dziwić, że jestem jaki jestem, prawda?
Ale jako dziecko byłem całkiem fajny. To było jeszcze zanim mama wpadła w hazardowy trans, zanim poznała smak wygranej, ten upajający, słodki smak, rozpływający się na języku jak ptasie mleczko. Raz go poznasz i przepadłeś. Grasz dalej, a może znów wygrasz, a może jeszcze raz, i tracisz pieniądze, honor, godność i dumę, zabierają ci wszystko, co można zabrać, aż w końcu zostajesz nagi, brudny i głodny, odarty z marzeń i pragnień, z emocji i uczuć, z wszystkiego co wartościowe.

Jako dziewięciolatek przysiągłem sobie, że nigdy nie będę hazardzistą. Ale i ja znalazłem swój nałóg, matka miała swój trans, a ja swój, i, pamiętam, były takie dni, że nie wyobrażałem sobie, że można żyć inaczej. Wtedy liczyli się kumple, dziewczyny i heroina, bo marychę palą tylko dzieciaki, więc odstawiłem ją po roku. Czasem popalałem w ukryciu, tak żeby nikt nie widział, taki powrót do dzieciństwa, rozumiecie, ale wolałem heroinę, heroina to było coś, czułem się dorosły, wszechmocny, przystojny i pociągający.
Tak naprawdę byłem blady, chudy i wynędzniały, a te dziewczyny leciały na mnie wyłącznie dlatego, że dzieliłem się z nimi herą. Ironia losu, prawda?

Co mówisz? Nie, nie… matka niczego nie zauważyła. Teraz gra w karty już jej nie wystarczała, prawie mieszkała w kasynie, a co dopiero mówić o dostrzeganiu obecności dziecka. Nie, za dużo od niej wymagasz. Po drugie, stwierdzę po namyśle, że nie byłem już takim dzieckiem, miałem siedemnaście lat. Byłem prawie dorosły. Osobiście uważałem się niemal za boga, a to jest równe dorosłości, prawda? No więc, w mojej ocenie byłem więcej niż dorosły. Byłem samodzielny, dawałem sobie radę i żyłem. Nie gotowałem, bo nie jadłem, wystarczyła miska płatków na mleku czy coś podobnego, potem była hera. Nie prałem, więc nie przejmowałem się pralką. Nie sprzątałem – po co? I tak nie było mnie w domu. Logiczne, nie?
Było mi całkiem dobrze… dalej jest, chociaż mam już innych przyjaciół, ze starych ostało się może dwóch, reszta zmarła z wycieńczenia, odwodnienia albo – najczęściej – przedawkowania. Dramatycznie brzmi, wiem, ale to przecież codzienność, każdego dnia umiera wiele osób, ze starości, chorób, w wypadkach. Przedawkowanie też jest przecież wypadkiem, prawda? Wypadek przy pracy, ot właśnie.

Ci nowi też lubią herę, ale się nie ograniczają, lubią też kokę, metę, kości…
Ale jeszcze nigdy tego nie łączyli. A ja… ja mam wizję, ideę, teoretycznie nie do zrealizowania, ale ja dam radę, przecież ja to ja, jestem bogiem, jak nie bogiem to herosem, przecież znasz mnie, znasz. Ja mam pomysł. Nikt inny na to nie wpadł, ale przecież to szaleństwo, ale ja to zrobię, właśnie to robię, przecież widzisz. Trochę koki, więcej hery, odrobina mety – to jeden z moich mniej ulubionych specyfików – i jeszcze szczypta amfy, mieszamy, łączymy, czuję się trochę jak kucharz, tylko brakuje mi czapki, tej głupiej białej czapki, co wygląda jak wielki fiut, ale nie trzeba się przejmować, fartucha też nie mam i co? Nikomu tego podawać nie będziemy, więc higienę pracy mamy w dupie, nie?

No dobra, już czas, czas na eksperyment, na moje wielkie przedsięwzięcie, efekt pracy ostatnich czterdziestu sekund. Tylko patrz uważnie, niczego nie przegap, bo to przecież będzie ponadczasowe, przełomowe odkrycie, najpierw ogrzać na łyżeczce, nad zapalniczką, nie mamy świeczki. Dlaczego tu nie ma chociaż jednej pieprzonej świeczki, w wielkich chwilach zawsze są świeczki!
Och, to już. Strzykawka, strzykawka… gdzie jest, kurwa, moja strzykawka?
Mam, wprawdzie to nie moja, ale co za różnica, strzykawka, to strzykawka, sprzęt to sprzęt. Och, tak. Żyłę mam już rozwaloną, ale mam wprawę, zawsze trafiam, tylko czasem robi się mały syf. Ale ja czuję, słyszysz, czuję, że tym razem wszystko pójdzie dobrze.
Wyczuwam, jak przez moje żyły płynie czysta ekstaza, ty też to czujesz, och, nie ty nie możesz, bo ty przecież nie…


- Defibrylator!
Prąd przepływa przez wychudzone ciało, podrywając je do góry.
- Jeszcze raz! Większa moc!

Brzęczenie powtarza się, marna wywłoka, jaką się stał, miota się w miejscu, ale to nie życie, to prąd tak działa, jak na frankensteina, żywy trup, nie, teraz to już martwy trup, a ja na to pozwoliłem, ja na to patrzyłem, ale on chciał, i ja bym go nie powstrzymał, i tylko to trzyma mnie przy życiu.
Bo on chciał, a ja nic nie mogłem…

Oceń artykuł:

Skomentuj ten artykuł Zarejestruj się lub zaloguj aby dodać komentarz.

Chmurka tagów
Wydawnictwo nie ponosi odpowiedzialności za treści i zdjęcia zamieszczane przez użytkowników na stronie cogito.com.pl, w części WIRTUALNEJ REDAKCJI.
© Agencja Wydawnicza AGA-PRESS. Projekt i wykonanie: Agencja Interaktywna Mindscape.