127 godzin. Walki z samym sobą
Tarantinka - artukuł dodany 2011-03-02 09:10
1
5.0
1272
Recenzja nowego filmu Danny"ego Boyle"a. Zapraszam serdecznie do czytania i komentowania.
Danny Boyle uwielbia kręcić głośne historie. Najpierw był to "Trainspotting" - brutalna i oskarżająca opowieść o pogrążonej w nałogach paczce kolegów; potem już bardziej grzeczny i poprawny politycznie "Slumdog", który zgarną deszcz nagród. Obecnie możemy oglądać na ekranach kin "127 godzin".
Film opowiada prawdziwą historię Aarona Ralstona, który podróżując po dzikich terenach Utah, został uwięziony w jednym z kanionów, który zwiedzał. Przez 5 dni tkwił tam z ręką zakleszczoną między olbrzymią bryłą skalną, a ścianą kanionu. Tylko olbrzymia determinacja i chęć życia sprawiła, że zdołał się uwolnić.
Jego historia, którą wkrótce żyła cała Ameryka, była więc idealnym materiałem na film. Zawierała w sobie wiele aspektów, które kino hollywoodzkie uwielbia.
Młody nonkonformista, który ucieka przed światem na pustkowie; wolność jako najwyższa wartość, a także wola walki i apoteoza życia. Był jednak jeden problem. Jak nakręcić film, którego 90% akcji dzieje się w jednym miejscu, tak aby nie zanudzić widza. w końcu Boyle postanowił zastosować metodę znaną już ze Slumdoga. Główny wątek przeplatał retrospekcjami pokazującymi relacje Ralstona z jego najbliższymi, które nie tylko urozmaicały film, ale i budowały charakter głównego bohatera. Rewelacyjnym pomysłem było również wręczenie Aaronowi do ręki kamery cyfrowej (nota bene tej samej której używał prawdziwy Ralston).
Za jej pomocą rejestrował swoje przemyślenia, a także pożegnanie z najbliższymi, na wypadek swojej śmierci. Nagrania stały się pewnego rodzaju dziennikiem, dokumentującym walkę bohatera z samym sobą i z siłami przyrody. Dzięki takiemu sposobowi filmowania, cała historia jest dużo bardziej realistyczna i dramatyczna; bez trudu możemy się poczuć jak sam Ralston.
Patrząc jednak na specyfikę historii, można powiedzieć, że ważniejszym od interesującej strony technicznej, był dobór aktora. Boyle postawił na Jamesa Franco, który spisał się rewelacyjnie. Nie wystraszył się samotnej gry przed kamerą i udźwignął na swoich barkach cały film. Wiarygodnie pokazał przemianę Aarona od pewnego siebie luzaka, po wyczerpanego człowieka, który kochając życie, decyduje się na dramatyczny krok, aby tylko przeżyć. Franco nie przeszarżował. Zręcznie przemieszcza się między narastającym szaleństwem i walką z własną psychiką, a cierpkim humorem, który bywa jedynym ratunkiem w chwilach kryzysu. Można się czepiać Ralstona, że przecież sam tego chciał. Nie powiadomił nikogo o kierunku swojej podróży, nie wziął telefonu komórkowego, żeby odgrodzić się od świata, a przecież nie od dziś wiadomo - a on jako doświadczony wspinacz, powinien tym bardziej to wiedzieć - że z naturą ciężko wygrać. Na szczęście Boyle nie krytykuje, ani nie ocenia. Pozwala widzowi wyrobić sobie własną opinię na temat głównego bohatera.
Można reżyserowi zarzucić, że końcówka filmu trąci tanim moralizatorstwem. Ralston wraca do domu, zakłada rodzinę i pięknie się uśmiecha, stojąc nad basenem na tle elegancko przystrzyżonego trawnika. Czyżby bunt został ujarzmiony a głównymi wartościami dla dawnego nonkonformisty stały się "pieprzony telewizor i zmywarka do naczyń", przed czym tak bronił się Renton z "Trainspotting"?
Jednak nie. Ralston nadal się wspina i uprawia sporty ekstremalne. Jednak teraz zawsze zabiera ze sobą telefon i zostawia wiadomość o kierunku swojej podróży. Może więc trochę ucywilizował swój bunt.
Danny Boyle uwielbia kręcić głośne historie. Najpierw był to "Trainspotting" - brutalna i oskarżająca opowieść o pogrążonej w nałogach paczce kolegów; potem już bardziej grzeczny i poprawny politycznie "Slumdog", który zgarną deszcz nagród. Obecnie możemy oglądać na ekranach kin "127 godzin".
Film opowiada prawdziwą historię Aarona Ralstona, który podróżując po dzikich terenach Utah, został uwięziony w jednym z kanionów, który zwiedzał. Przez 5 dni tkwił tam z ręką zakleszczoną między olbrzymią bryłą skalną, a ścianą kanionu. Tylko olbrzymia determinacja i chęć życia sprawiła, że zdołał się uwolnić.
Jego historia, którą wkrótce żyła cała Ameryka, była więc idealnym materiałem na film. Zawierała w sobie wiele aspektów, które kino hollywoodzkie uwielbia.
Młody nonkonformista, który ucieka przed światem na pustkowie; wolność jako najwyższa wartość, a także wola walki i apoteoza życia. Był jednak jeden problem. Jak nakręcić film, którego 90% akcji dzieje się w jednym miejscu, tak aby nie zanudzić widza. w końcu Boyle postanowił zastosować metodę znaną już ze Slumdoga. Główny wątek przeplatał retrospekcjami pokazującymi relacje Ralstona z jego najbliższymi, które nie tylko urozmaicały film, ale i budowały charakter głównego bohatera. Rewelacyjnym pomysłem było również wręczenie Aaronowi do ręki kamery cyfrowej (nota bene tej samej której używał prawdziwy Ralston).
Za jej pomocą rejestrował swoje przemyślenia, a także pożegnanie z najbliższymi, na wypadek swojej śmierci. Nagrania stały się pewnego rodzaju dziennikiem, dokumentującym walkę bohatera z samym sobą i z siłami przyrody. Dzięki takiemu sposobowi filmowania, cała historia jest dużo bardziej realistyczna i dramatyczna; bez trudu możemy się poczuć jak sam Ralston.
Patrząc jednak na specyfikę historii, można powiedzieć, że ważniejszym od interesującej strony technicznej, był dobór aktora. Boyle postawił na Jamesa Franco, który spisał się rewelacyjnie. Nie wystraszył się samotnej gry przed kamerą i udźwignął na swoich barkach cały film. Wiarygodnie pokazał przemianę Aarona od pewnego siebie luzaka, po wyczerpanego człowieka, który kochając życie, decyduje się na dramatyczny krok, aby tylko przeżyć. Franco nie przeszarżował. Zręcznie przemieszcza się między narastającym szaleństwem i walką z własną psychiką, a cierpkim humorem, który bywa jedynym ratunkiem w chwilach kryzysu. Można się czepiać Ralstona, że przecież sam tego chciał. Nie powiadomił nikogo o kierunku swojej podróży, nie wziął telefonu komórkowego, żeby odgrodzić się od świata, a przecież nie od dziś wiadomo - a on jako doświadczony wspinacz, powinien tym bardziej to wiedzieć - że z naturą ciężko wygrać. Na szczęście Boyle nie krytykuje, ani nie ocenia. Pozwala widzowi wyrobić sobie własną opinię na temat głównego bohatera.
Można reżyserowi zarzucić, że końcówka filmu trąci tanim moralizatorstwem. Ralston wraca do domu, zakłada rodzinę i pięknie się uśmiecha, stojąc nad basenem na tle elegancko przystrzyżonego trawnika. Czyżby bunt został ujarzmiony a głównymi wartościami dla dawnego nonkonformisty stały się "pieprzony telewizor i zmywarka do naczyń", przed czym tak bronił się Renton z "Trainspotting"?
Jednak nie. Ralston nadal się wspina i uprawia sporty ekstremalne. Jednak teraz zawsze zabiera ze sobą telefon i zostawia wiadomość o kierunku swojej podróży. Może więc trochę ucywilizował swój bunt.
















Film rzeczywiście wydaje się ciekawy. Twoja recenzja mnie zachęciła - bardzo fajnie napisana. Daję 5! Pozdrawiam i zapraszam do komentowania moich utworów :)