Godzina Przeznaczenia - Rozdział I
Shariana - artukuł dodany 2010-12-07 10:26
0
5.0
1178
Pierwszy rozdział opowiadania fantasy. Akcja dzieje się w autorskim świecie zwanym Sahaną.
Autorskie refleksje i przemyślenia, ukryte w umysłach postaci.
Na początek małe wyjaśnienie.
Akcja utworu rozgrywa się w całkowicie autorskim świecie, znanym jako Sahana. Jest to jednocześnie próba wskrzeszenia pierwszego utworu o tym wymiarze, publikowanego na blogu jeszcze w V klasie. Od tego czasu pojawiło się mnóstwo dłuższych i krótszych opowiadań o tejże tematyce. Jest to więc świat dość rozbudowany. Dlatego też uprzedzam, że w rozdziale pierwszym mogą wystąpić pewne niejasności, niedomówienia, które, jak to Sharianka, zamierzam dokładniej wyjaśnić w następnej części. Mowa tu głównie o rasach, stosunkach, jakie panują między nimi, oraz samej głównej bohaterce.
Proszę więc nie bić opiniami w stylu "Nic nie zrozumiałem!", co wcale nie znaczy, że nie liczę na pewną krytykę.
***
"Być kochanym" znaczy "mieć nad kimś władzę".
"Być sprawiedliwym" znaczy "być bezwzględnym i niekoniecznie bezstronnym".
"Mieć pieniądze" znaczy "posiadać klucze do serc śmiertelnych"...
Rozdział I
"Nie ma nic za darmo"
"Mniej więcej za dwie godziny będą przejeżdżać obok Arawel. Najpewniej zatrzymają się choćby na chwilę, jednak musisz zachować czujność.
Zabij ich, ale trzymaj się z daleka."
To był rozkaz, który musiała wykonać. Bez słowa sprzeciwu, bez oświadczenia, że nie ma ochoty, że nie chce. Po wojskowemu. Po starosahańsku.
Usiadła na brzegu skarpy, machając w powietrzu nogami. Miała stąd doskonały widok na wielkie, przepiękne miasto, jakim było Arawel. Zbudowane w magicznie stworzonej oazie na Pustyni Atari, świeciło, niczym latarnia na bezkresnym, piaszczystym morzu. Przypomniała sobie liczne poematy, jakie pisano o tym niezwykłym miejscu:
"Arawel, Klejnocie Pustyni. Arawel, Piaszczysty Raju. Arawel, Słońce Nocy. Ty świecisz jak świeca, rozpraszając ciemności..."
Jak okiem sięgnąć, był to jedyny ślad cywilizacji w okolicy. Prowadziła do niego szeroka, brukowana droga, z obu stron oświetlona magicznymi latarniami. Zaklęte płomyki unosiły się w powietrzu, oświetlając i pokazując drogę. Nie potrzebowały podpałki.
Na skrzyżowaniu jedna z odnóg skręcała w prawo, po czym biegła prosto jak strzała, niknąc gdzieś w oddali. O tej porze przejeżdżało nią niewielu, ale każdy wędrowiec przykuwał uwagę dziewczyny.
Miała ogromną ochotę skulić się w kłębek i odpłynąć, ale wiedziała, że sen nie wchodzi w grę. Pokręciła głową, jakby odganiając się od niewidzialnych owadów. Długa grzywka opadła jej na oczy, zasłaniając widok. Prychnęła ze złością.
Miała krótkie włosy, brązowe jak kora drzewa, i zielone oczy. Lewe zdobiła niewielka, czarna plamka. Była dość blada i otyła, ubrana w czarne spodnie i długą tunikę tego samego koloru. Na ramiona narzuciła długą, ciemną pelerynę z kapturem, na nogach zaś nosiła wysokie, skórzane kozaki. Stojąc nie przekraczała stu sześćdziesięciu pięciu centymetrów wzrostu.
Prócz defektów wizualnych, zmorą dziewczyny była zaawansowana wada wzroku. Wyglądając swoich ofiar, musiała użyć zaklęć. Okolicę penetrowała więc potężna, choć niewyczuwalna fala jej magii.
Przyjemny wiaterek oczyszczał umysł.
Obym nie musiała długo na was czekać...
Wyczuła ich po godzinie.
Nie jechali drogą, kryjąc się w ciemności. Koń wędrowców ledwo dyszał, zmuszony do morderczej jazdy i jednoczesnego wożenia dwóch dorosłych osób.
Jedną z nich był wysoki brunet, odziany w eleganckie, granatowe szaty. Lewą ręką podtrzymywał blondwłosą elfkę, ubraną w równie bogatą, choć wyraźnie brudną suknię. Obydwoje byli wyraźnie spragnieni. Bez problemu wyczuwała ich zmęczenie i rozpacz.
Wiedzieli, że są w beznadziejnej sytuacji. W promieniu wielu kilometrów od Arawel nie było żadnej osady, zdolnej uratować ich przed bezlitosnym skrawem. Klejnot Atari był ich jedyną nadzieją ? tu jednak groził im atak ze strony elfów, zapewne poinformowanych już o popełnionej przez nich zbrodni.
Zatrzymali się. Byli w kropce, niezdecydowani i wystraszeni. Nie czekała, aż podejmą decyzję. Wyciągnęła przed siebie ręce. Spuściła głowę. Zamknęła oczy.
Nadszedł czas czynów.
Pierwsza pojawiła się broń ? delikatne kontury mieczy, powoli sunące nad ziemią. Później doszła reszta ? konie, jeźdźcy w groźnie wyglądających zbrojach.
Wszystko ożyło. Rumaki zarżały gniewnie. Jeden z mężczyzn wyciągnął miecz.
Wędrowcy szybko dostrzegli niebezpieczeństwo. Elfka krzyknęła ze strachu, gdy jej towarzysz okrzykiem zmusił konia do rozpaczliwego, dzikiego galopu. Zwierzę pokonało zaledwie kilkadziesiąt metrów, po czym padło na piasek, zrzucając jeźdźców na ziemię.
Brunet wstał od razu, krzycząc i przeklinając, jakby to mogło przywrócić konia do życia.
Szkoda zwierzaka. Nic nie zawinił...
Nie żałowała natomiast elfki, rozpaczliwie próbującej wstać. Upadek uszkodził jej nogę ? widziała, jak kobieta ciągnie ją za sobą, wykrzywioną pod dziwnym kątem.
- Ammel! - zawołała, a mężczyzna zaraz stawił się przy niej, tuląc blondynkę do siebie.
- Errisso...
Wiedzieli, że nie uciekną. Nie wygrają tej bitwy.
Szybciej.
Jeźdźcy otoczyli ich ze wszystkich stron. Mieli spiczaste uszy.
Zginęli. Najpierw on, uparcie grający bohatera, przebity mieczem. Elfkę stratowały agresywne konie.
- Roile! Roile! Roile!
Zemsta, zemsta, zemsta. Wojownicy świętowali zwycięstwo, konie deptały po trupach. Pragnęli dalej zabijać, ci, którzy nie znali zmęczenia i umiaru...
Dosyć.
Zniknęli. Najpierw oni, a później ich miecze.
- Trochę zbyt widowiskowo, nie sądzisz?
Pojawił się znikąd ? zaledwie pół sekundy temu nikogo tu nie było. Mogłaby też przysiąc, że nikt się nie teleportował. Wyczułaby to.
Cały on.
- Nikt nie widział, prawda? Zatem nie ma problemu.
- Za bardzo lubisz widowiskowe rzeźnie. Niemniej... Dobra robota.
Spojrzała na niego pogodnie. Z serdecznym, niewinnym uśmiechem przypominała świętoszka, nie mającego nic wspólnego ze śmiercią nieszczęśliwej pary.
- Cień?
- Hmm?
- Nie ma nic za darmo.
Westchnął cicho. Wiedziała, że jest rozbawiony.
W milczeniu obserwowała, jak mężczyzna przetrząsa wszystkie kieszenie, by w końcu wcisnąć jej do ręki plik banknotów.
- Masz. Na dzisiaj to wszystko. Kup sobie coś ładnego...
Autorskie refleksje i przemyślenia, ukryte w umysłach postaci.
Na początek małe wyjaśnienie.
Akcja utworu rozgrywa się w całkowicie autorskim świecie, znanym jako Sahana. Jest to jednocześnie próba wskrzeszenia pierwszego utworu o tym wymiarze, publikowanego na blogu jeszcze w V klasie. Od tego czasu pojawiło się mnóstwo dłuższych i krótszych opowiadań o tejże tematyce. Jest to więc świat dość rozbudowany. Dlatego też uprzedzam, że w rozdziale pierwszym mogą wystąpić pewne niejasności, niedomówienia, które, jak to Sharianka, zamierzam dokładniej wyjaśnić w następnej części. Mowa tu głównie o rasach, stosunkach, jakie panują między nimi, oraz samej głównej bohaterce.
Proszę więc nie bić opiniami w stylu "Nic nie zrozumiałem!", co wcale nie znaczy, że nie liczę na pewną krytykę.
***
"Być kochanym" znaczy "mieć nad kimś władzę".
"Być sprawiedliwym" znaczy "być bezwzględnym i niekoniecznie bezstronnym".
"Mieć pieniądze" znaczy "posiadać klucze do serc śmiertelnych"...
Rozdział I
"Nie ma nic za darmo"
"Mniej więcej za dwie godziny będą przejeżdżać obok Arawel. Najpewniej zatrzymają się choćby na chwilę, jednak musisz zachować czujność.
Zabij ich, ale trzymaj się z daleka."
To był rozkaz, który musiała wykonać. Bez słowa sprzeciwu, bez oświadczenia, że nie ma ochoty, że nie chce. Po wojskowemu. Po starosahańsku.
Usiadła na brzegu skarpy, machając w powietrzu nogami. Miała stąd doskonały widok na wielkie, przepiękne miasto, jakim było Arawel. Zbudowane w magicznie stworzonej oazie na Pustyni Atari, świeciło, niczym latarnia na bezkresnym, piaszczystym morzu. Przypomniała sobie liczne poematy, jakie pisano o tym niezwykłym miejscu:
"Arawel, Klejnocie Pustyni. Arawel, Piaszczysty Raju. Arawel, Słońce Nocy. Ty świecisz jak świeca, rozpraszając ciemności..."
Jak okiem sięgnąć, był to jedyny ślad cywilizacji w okolicy. Prowadziła do niego szeroka, brukowana droga, z obu stron oświetlona magicznymi latarniami. Zaklęte płomyki unosiły się w powietrzu, oświetlając i pokazując drogę. Nie potrzebowały podpałki.
Na skrzyżowaniu jedna z odnóg skręcała w prawo, po czym biegła prosto jak strzała, niknąc gdzieś w oddali. O tej porze przejeżdżało nią niewielu, ale każdy wędrowiec przykuwał uwagę dziewczyny.
Miała ogromną ochotę skulić się w kłębek i odpłynąć, ale wiedziała, że sen nie wchodzi w grę. Pokręciła głową, jakby odganiając się od niewidzialnych owadów. Długa grzywka opadła jej na oczy, zasłaniając widok. Prychnęła ze złością.
Miała krótkie włosy, brązowe jak kora drzewa, i zielone oczy. Lewe zdobiła niewielka, czarna plamka. Była dość blada i otyła, ubrana w czarne spodnie i długą tunikę tego samego koloru. Na ramiona narzuciła długą, ciemną pelerynę z kapturem, na nogach zaś nosiła wysokie, skórzane kozaki. Stojąc nie przekraczała stu sześćdziesięciu pięciu centymetrów wzrostu.
Prócz defektów wizualnych, zmorą dziewczyny była zaawansowana wada wzroku. Wyglądając swoich ofiar, musiała użyć zaklęć. Okolicę penetrowała więc potężna, choć niewyczuwalna fala jej magii.
Przyjemny wiaterek oczyszczał umysł.
Obym nie musiała długo na was czekać...
Wyczuła ich po godzinie.
Nie jechali drogą, kryjąc się w ciemności. Koń wędrowców ledwo dyszał, zmuszony do morderczej jazdy i jednoczesnego wożenia dwóch dorosłych osób.
Jedną z nich był wysoki brunet, odziany w eleganckie, granatowe szaty. Lewą ręką podtrzymywał blondwłosą elfkę, ubraną w równie bogatą, choć wyraźnie brudną suknię. Obydwoje byli wyraźnie spragnieni. Bez problemu wyczuwała ich zmęczenie i rozpacz.
Wiedzieli, że są w beznadziejnej sytuacji. W promieniu wielu kilometrów od Arawel nie było żadnej osady, zdolnej uratować ich przed bezlitosnym skrawem. Klejnot Atari był ich jedyną nadzieją ? tu jednak groził im atak ze strony elfów, zapewne poinformowanych już o popełnionej przez nich zbrodni.
Zatrzymali się. Byli w kropce, niezdecydowani i wystraszeni. Nie czekała, aż podejmą decyzję. Wyciągnęła przed siebie ręce. Spuściła głowę. Zamknęła oczy.
Nadszedł czas czynów.
Pierwsza pojawiła się broń ? delikatne kontury mieczy, powoli sunące nad ziemią. Później doszła reszta ? konie, jeźdźcy w groźnie wyglądających zbrojach.
Wszystko ożyło. Rumaki zarżały gniewnie. Jeden z mężczyzn wyciągnął miecz.
Wędrowcy szybko dostrzegli niebezpieczeństwo. Elfka krzyknęła ze strachu, gdy jej towarzysz okrzykiem zmusił konia do rozpaczliwego, dzikiego galopu. Zwierzę pokonało zaledwie kilkadziesiąt metrów, po czym padło na piasek, zrzucając jeźdźców na ziemię.
Brunet wstał od razu, krzycząc i przeklinając, jakby to mogło przywrócić konia do życia.
Szkoda zwierzaka. Nic nie zawinił...
Nie żałowała natomiast elfki, rozpaczliwie próbującej wstać. Upadek uszkodził jej nogę ? widziała, jak kobieta ciągnie ją za sobą, wykrzywioną pod dziwnym kątem.
- Ammel! - zawołała, a mężczyzna zaraz stawił się przy niej, tuląc blondynkę do siebie.
- Errisso...
Wiedzieli, że nie uciekną. Nie wygrają tej bitwy.
Szybciej.
Jeźdźcy otoczyli ich ze wszystkich stron. Mieli spiczaste uszy.
Zginęli. Najpierw on, uparcie grający bohatera, przebity mieczem. Elfkę stratowały agresywne konie.
- Roile! Roile! Roile!
Zemsta, zemsta, zemsta. Wojownicy świętowali zwycięstwo, konie deptały po trupach. Pragnęli dalej zabijać, ci, którzy nie znali zmęczenia i umiaru...
Dosyć.
Zniknęli. Najpierw oni, a później ich miecze.
- Trochę zbyt widowiskowo, nie sądzisz?
Pojawił się znikąd ? zaledwie pół sekundy temu nikogo tu nie było. Mogłaby też przysiąc, że nikt się nie teleportował. Wyczułaby to.
Cały on.
- Nikt nie widział, prawda? Zatem nie ma problemu.
- Za bardzo lubisz widowiskowe rzeźnie. Niemniej... Dobra robota.
Spojrzała na niego pogodnie. Z serdecznym, niewinnym uśmiechem przypominała świętoszka, nie mającego nic wspólnego ze śmiercią nieszczęśliwej pary.
- Cień?
- Hmm?
- Nie ma nic za darmo.
Westchnął cicho. Wiedziała, że jest rozbawiony.
W milczeniu obserwowała, jak mężczyzna przetrząsa wszystkie kieszenie, by w końcu wcisnąć jej do ręki plik banknotów.
- Masz. Na dzisiaj to wszystko. Kup sobie coś ładnego...















