Skromne opowiadanie nr 1
Revy - artukuł dodany 2010-10-10 21:02
0
5.0
1639
Opowiadanie na temat najemnika uciekającego z mieszkania.
? Spokojnie. Zależy nam tylko na rozwiązaniu sprawy. Mamy czas ? powiedział pochylając się nade mną.
? Tobie to łatwo mówić ? powiedziałem delikatnie operując wytrychem w zamku.
Ciemny, zimowy wieczór nie dodaje uroku okolicy. Szara kamienica we wnętrzu miasta i szemrane towarzystwo. Włamanie do mieszkania szmuglerów, którego mam dokonać z najemnikiem o imieniu Steve nie jest niczym nowym. Kolejny dzień w pracy. Monotonia życia, kolejny nudny dzień?
Nagle zamek cicho szczęknął oznajmiając mi, że dom stoi dla nas otworem. Wstałem i spojrzałem na kompana. Broń w jego ręku sprawiła, że wygląda niczym postać z filmu sensacyjnego. Nieogolony, prawie łysy ubrany w czarny garnitur, ciemny długi płaszcz i kapelusz z szerokim rondem.
? Wiesz, że jestem pacyfistą ? powiedziałem patrząc na niego. ? Ja tylko zajmuję się dostaniem tego na miejsce.
Spojrzał na mnie z niedowierzaniem i uchylił delikatnie drzwi wchodząc do środka. Powoli wszedłem za nim zamykając ostrożnie drzwi i przekręciłem zamek. Głosy trzech mężczyzn odbijają się echem w korytarzu. Śmiechy i radość domowników zostanie za chwilę brutalnie przerwana. Stanąłem za pomocnikiem, przyglądając się drzwiom wejściowym, oczekując na jakikolwiek ruch kompana. Steve błyskawicznie wychylił się zza framugi i jedyne co usłyszałem to kilka wystrzałów, zduszone jęki i krzyk. Odwróciłem się i spostrzegłem leżącego na ziemi towarzysza. Krwista plama w jego piersi powiększała się z każdą chwilą. Podszedłem do niego. Nie oddycha. Zajrzałem do pomieszczenia. Kat mojego wspólnika nie żyje. On i kilku innych. Czerwona ciecz zdobi podłogę czerwonymi plamami. Z niepokojem spojrzałem na stół na którym znajdują się karabiny maszynowe CV?47. Element zaskoczenia nie dał nam jednak pełnej ochrony. Szmer butów? Szczęk zamka? Ciekawskie spojrzenie? Teraz to nie ważne. Współpracownicy przychodzą i odchodzą? niestety.
Z krótkich przemyśleń wyrwało mnie dudnienie do drzwi i krzyki policjantów. Szybkim krokiem ruszyłem do kuchni. Z planów wynika, że można tędy wyjść na dach. Gdy tylko do niej wszedłem zauważyłem okno i otworzyłem je silnym szarpnięciem. Lekcje odrobione na pięć plus. Lodowe powietrze wdarło się do mieszkania. Wyszedłem na dach i rozejrzałem się dookoła. Niemalże płaski dach nie zapewnia mi żadnej ochrony przed nabojami. Nie zwlekając ruszyłem w stronę następnego domu. Powinna znajdować się tam drabina przeciwpożarowa. Gdy znalazłem się kilka metrów od drugiego dachu usłyszałem za sobą krzyki policjantów. Schowałem się za najbliższym kominem jak tylko usłyszałem świst żelaznych szerszeni w powietrzu. Szansa w tym, że sypiący śnieg uniemożliwi im dokładne celowanie.
Nie zwlekając wystartowałem niczym maratończyk w kierunku kolejnego dachu. Kilka metrów i będzie dobrze. Biały puch utrudnia bieg, ale i tak szybko dostałem się na skraj dachu. Nabrałem prędkości i skoczyłem. Kilka sekund i będę wolny. Jednak niespodziewanie żelazny szerszeń wbił się w moją nogę. Mięśnie zgięły się w dziwny sposób i zauważyłem, jak moja przepustka do wolności znika mi z oczu, a ja sam opadam w dół. Czuję jednak jak czuwający nade mną skrzydlaci strażnicy unoszą mnie do góry. Wiara wnosi mnie do nieśmiertelnego życia. Ostatnie co zobaczyłem to przerażone twarze moich zabójców spoglądających na upadającego w otchłań człowieka?
? Spokojnie. Zależy nam tylko na rozwiązaniu sprawy. Mamy czas ? powiedział pochylając się nade mną.
? Tobie to łatwo mówić ? powiedziałem delikatnie operując wytrychem w zamku.
Ciemny, zimowy wieczór nie dodaje uroku okolicy. Szara kamienica we wnętrzu miasta i szemrane towarzystwo. Włamanie do mieszkania szmuglerów, którego mam dokonać z najemnikiem o imieniu Steve nie jest niczym nowym. Kolejny dzień w pracy. Monotonia życia, kolejny nudny dzień?
Nagle zamek cicho szczęknął oznajmiając mi, że dom stoi dla nas otworem. Wstałem i spojrzałem na kompana. Broń w jego ręku sprawiła, że wygląda niczym postać z filmu sensacyjnego. Nieogolony, prawie łysy ubrany w czarny garnitur, ciemny długi płaszcz i kapelusz z szerokim rondem.
? Wiesz, że jestem pacyfistą ? powiedziałem patrząc na niego. ? Ja tylko zajmuję się dostaniem tego na miejsce.
Spojrzał na mnie z niedowierzaniem i uchylił delikatnie drzwi wchodząc do środka. Powoli wszedłem za nim zamykając ostrożnie drzwi i przekręciłem zamek. Głosy trzech mężczyzn odbijają się echem w korytarzu. Śmiechy i radość domowników zostanie za chwilę brutalnie przerwana. Stanąłem za pomocnikiem, przyglądając się drzwiom wejściowym, oczekując na jakikolwiek ruch kompana. Steve błyskawicznie wychylił się zza framugi i jedyne co usłyszałem to kilka wystrzałów, zduszone jęki i krzyk. Odwróciłem się i spostrzegłem leżącego na ziemi towarzysza. Krwista plama w jego piersi powiększała się z każdą chwilą. Podszedłem do niego. Nie oddycha. Zajrzałem do pomieszczenia. Kat mojego wspólnika nie żyje. On i kilku innych. Czerwona ciecz zdobi podłogę czerwonymi plamami. Z niepokojem spojrzałem na stół na którym znajdują się karabiny maszynowe CV?47. Element zaskoczenia nie dał nam jednak pełnej ochrony. Szmer butów? Szczęk zamka? Ciekawskie spojrzenie? Teraz to nie ważne. Współpracownicy przychodzą i odchodzą? niestety.
Z krótkich przemyśleń wyrwało mnie dudnienie do drzwi i krzyki policjantów. Szybkim krokiem ruszyłem do kuchni. Z planów wynika, że można tędy wyjść na dach. Gdy tylko do niej wszedłem zauważyłem okno i otworzyłem je silnym szarpnięciem. Lekcje odrobione na pięć plus. Lodowe powietrze wdarło się do mieszkania. Wyszedłem na dach i rozejrzałem się dookoła. Niemalże płaski dach nie zapewnia mi żadnej ochrony przed nabojami. Nie zwlekając ruszyłem w stronę następnego domu. Powinna znajdować się tam drabina przeciwpożarowa. Gdy znalazłem się kilka metrów od drugiego dachu usłyszałem za sobą krzyki policjantów. Schowałem się za najbliższym kominem jak tylko usłyszałem świst żelaznych szerszeni w powietrzu. Szansa w tym, że sypiący śnieg uniemożliwi im dokładne celowanie.
Nie zwlekając wystartowałem niczym maratończyk w kierunku kolejnego dachu. Kilka metrów i będzie dobrze. Biały puch utrudnia bieg, ale i tak szybko dostałem się na skraj dachu. Nabrałem prędkości i skoczyłem. Kilka sekund i będę wolny. Jednak niespodziewanie żelazny szerszeń wbił się w moją nogę. Mięśnie zgięły się w dziwny sposób i zauważyłem, jak moja przepustka do wolności znika mi z oczu, a ja sam opadam w dół. Czuję jednak jak czuwający nade mną skrzydlaci strażnicy unoszą mnie do góry. Wiara wnosi mnie do nieśmiertelnego życia. Ostatnie co zobaczyłem to przerażone twarze moich zabójców spoglądających na upadającego w otchłań człowieka?
Oceń artykuł:
Zobacz także:
- - Trans - psychodeliczne opowiadanko
- - Dla dziewczyn chłopaki to duży kłopot (cz. VI)
- - Dla dziewczyn i chłopaków to duży kłopot (cz. IV)
- - Dla dziewczyn i chłopaków to duży kłopot (cz. III)
- - Dla dziewczyn i chłopaków to duży kłopot (cz.II)
- - Szarymi oczami Emilki R. - cz. 4
- - Kurs pisania. Ćwiczenie 2.















