Tajemnice Miasta : Florencja cz. 2
Nadine94 - artukuł dodany 2010-09-01 11:18
0
0.0
745
Drugi rozdział mojej powieści. Zapraszam do czytania i dzielenia się swoją opinią na jej temat ;)
II
Ogród
Biegła przez ciemny ,zarośnięty olbrzymimi krzakami ogród. W odległość kilkudziesięciu metrów widziała szeroką ścieżkę oświetloną promieniami słońca. Wiedziała tylko ,że musi do niej dotrzeć. Przeskakiwała przez wystające korzenie olbrzymich drzew , odgarniała rękami gałęzie. Była już bardzo blisko dróżki . Jeszcze tylko kilka kroków. Jednak miała złe przeczucia. Wiedziała ,że za chwilę pojawi się coś ,co uniemożliwi jej ucieczkę. Ledwie o tym pomyślała ,na ścieżce pojawiła się wysoka postać w kapturze. Widziała dokładnie jej włosy wyglądające jak u mitologicznej meduzy i ręce zakończone ostrymi szponami jak u jej nauczycielki francuskiego.
,,Dlaczego myślę o niej nawet w takiej chwili?!?? ? pomyślała skonsternowana Christine.
Usłyszała szelest krzewów po swoich obu stronach. Szybko odwróciła głowę w lewo i dostrzegła zielonkawe dłonie rozgarniające gałęzie. To samo dostrzegła po prawej. W mgnieniu oka podjęła decyzję o odwrocie w głąb ogrodu ,chociaż wiedziała ,że przed chwilą stamtąd uciekła. Niestety kiedy zaczęła biec, wpadła prosto na istotę w pelerynie. Odskoczyła w tył jak oparzona czując ,że za chwilę zwymiotuje. Nie było wyjścia. Zewsząd otaczały ją szpetne stwory.
,,Nie mogę się poddać. ? umysł Christine pracował w przyspieszonym tempie. Czuła mocne bicie serca w klatce piersiowej ,a jej gardło ściśnięte było strachem. Czy naprawdę miała umrzeć? Musiała coś wymyślić.- Właściwie kto powiedział ,że te stwory są silniejsze ode mnie? Jeżeli są to i tak zginę. Bez znaczenia czy prędzej czy później??
Rozczochrała swoją rudą czuprynę i z dzikim okrzykiem rzuciła się w stronę jednego z upiorów. Wpadła na niego z impetem i zaczęła wściekle uderzać pięściami w coś , co kryło się pod peleryną. Zdawała sobie sprawę z beznadziejnego położenia ,w jakim się znalazła. Wyczerpana padła na ziemię ,czekając co się wydarzy. Bardzo możliwe ,że potwory rozszarpią ją pazurami ,albo zjedzą.
- Chcę ,żebyście zostawiły mnie w spokoju!- wykrzyknęła nagle.
Minęło kilka sekund i nic się nie wydarzyło ,więc zdezorientowana Christine otworzyła oczy. Osłupiała zaczęła rozglądać się po ogrodzie ,ale po potworach nie było ani śladu.
- Co to miało być? ?zapytała samą siebie. ? Dlaczego mnie posłuchały?
Podniosła się z ziemi i , tym razem powoli, poszła w stronę oświetlonej ścieżki. Kiedy na niej stanęła ,dech zaparło jej z zachwytu. Widziała przed sobą najpiękniejszy ogród na świecie. Zaczęła się śmiać.
- Tak musiał wyglądać Eden! ? wykrzyknęła i pobiegła w stronę strumienia płynącego leniwie obok drzew owocowych i kwitnących krzewów ,które mieniły się soczystą zielenią. Usiadła na łące i zaczerpnęła ręką wody. Tak jak się spodziewała ,była ona zimna i orzeźwiająca.
W błogim zadowoleniu ,położyła się na trawie. Czuła się znużona.
-Właściwie ,która jest godzina? ? Christine spojrzała na zegarek. ? 15.30 . Znów zaczęła wpatrywać się w niebo. ? O której godzinie powinnam wrócić? Może o 17?
Ponownie spojrzała na zegarek i osłupiała ,gdyż ten wskazywał godzinę 18.45. Dziewczyna powoli stanęła na nogi i zaczęła raz po raz przeskakiwać przez strumyczek.
- 18.45?! Jestem pewna ,że przed chwilą była 15.30. PEW-NA!
Dla podkreślenia tego słowa wskoczyła do strumyka obiema nogami na raz.
-No świetnie ,teraz na dodatek przemokną mi buty! Oby tak się nie stało, ale lepiej wyjdę?
Już miała ściągać swoje tenisówki ,kiedy zauważyła ,że są zupełnie suche. I wtedy dostała olśnienia.
- To jest sen! Ja śnię! ? wykrzyknęła. Czuła jak z sekundy na sekundę wzrasta jej ekscytacja ,bo Christine wiedziała co to oznacza. ? Mogę...mogę robić co chcę! Co tylko zapragnę! No więc zobaczmy czy to działa. Chcę latać.
W chwili kiedy zabierała się do skoku ,nagle rozbłysło przed nią oślepiające białe światło. Jednak tym razem Christine była spokojna. Wiedziała ,że nic nie dzieje się naprawdę. Światło powiększało się z każdą sekundą ,aż w końcu objęło całe pole widzenia dziewczyny. Zanim się obudziła ,usłyszała głos należący zapewne do kobiety w podeszłym wieku , który powiedział dobitnie jedno zdanie :
-Tajemnica musi pozostać tajemnicą.
*
Christine otworzyła oczy. Wyskoczyła z łóżka z niespodziewaną energią i od razu pobiegła w stronę drzwi do balkonu. Uporała się z zamknięciem po czym wyszła na zewnątrz oddając się w ramiona chłodu poranka. Przeciągnęła się teatralnie i wpatrując się w niezbyt ruchliwą Rue Paul Albert rozmyślała z rozmarzeniem o niezwykłym sennym widziadle.
,,A więc wygląda na to ,że miałam świadomy sen! Pierwszy raz w swoim życiu. Tyle razy próbowałam i nic ,a teraz pojawił się tak nagle i niespodziewanie!?? ? pomyślała dziewczyna z radością. Miała nadzieję ,że nie był to jej ostatni świadomy sen. Chciała ,aby zjawisko powtarzało się każdej nocy.
Kontemplowała krajobraz jeszcze przez chwilkę ,a następnie pościeliła łóżko ,narzuciła na siebie czarno ?biały dres i poszła do łazienki. Jak zauważyła stojąc przed lustrem , jej jasnorude włosy sięgające ledwie do ramion były dużo bardziej rozczochrane niż zwykle. Rozczesała je szczotką i zaplotła w dwa krótkie warkocze. Dziewczyna poszła do kuchni i wzięła stamtąd butelkę wody z wygodnym zamknięciem. Idealna na jej codzienny ,poranny jogging. Tego dnia miała jeszcze większą ochotę biegać niż zwykle. W końcu był pierwszy dzień ferii!
Na palcach przeszła przez korytarz ,gdyż pozostali dwaj domownicy jeszcze spali. Wyczuwała instynktownie ,że dziadek i Christian udusili by ją ,gdyby narobiła hałasu budząc ich. Dodatkowo jej brat bliźniak, jak zwykle zacząłby się naśmiewać z tego ,że idzie biegać. Christine zaczęła uprawiać jogging trzy miesiące temu i miała świetną kondycję. Niestety jej figura pozostała zaokrąglona jak dawniej. Mimo ,że dziewczyna zamartwiała się często z powodu lekkiej nadwagi, nadrabiała to śliczną twarzą i żywym ,wesołym usposobieniem.
Szybko zbiegła ze schodów i wyszła na ulicę. Zima w Paryżu nie była w tym roku zbyt dokuczliwa. Śnieg stopniał zaraz po Bożym Narodzeniu ,a termometry w połowie stycznia wskazywały średnio 5 stopni Celsjusza. Dodatkowo dres Christine był uszyty z materiału zatrzymującego ciepło więc biegnąc ,dziewczyna odczuwała tylko lekki ,orzeźwiający chłód. Spojrzała na zegarek. Była godzina 6.50. Przebiegła już całą Rue Paul Albert ,więc skręciła lekko w prawo i znalazła się na Rue Ronsard. Nie czuła się jeszcze zmęczona ,a pełne podziwu spojrzenia niektórych przechodniów dodawały jej sił.
Właśnie minęła kościstą damę w średnim wieku ,ubraną w elegancki płaszcz. Odwróciła głowę i zobaczyła jej surowe spojrzenie.
,,Chciałabym wiedzieć o czym teraz myślisz?? ? przemknęło Christine przez myśl.
,, Świetnie się na ciebie patrzy dziewczyno. Dawno już nie miałam czasu na relaks.?? ? odezwał się aksamitny głos o ironicznym zabarwieniu w głowie szesnastolatki.
Christine stanęła jak wryta ,tak nagle ,że dama w płaszczu omal na nią nie wpadła. Koścista warknęła coś w kierunku dziewczyny jednak ta zakryła sobie usta dłońmi ,żeby nie krzyknąć i puściła się biegiem przed siebie. Miała mętlik w głowie.
,,Nie. To nie może być prawda. Czy ja właśnie usłyszałam myśli tej kobiety?! Najpierw świadomy sen i potwory słuchające mojej woli. Teraz to. Czy wszystko ze mną w porządku?!??
Nie mogła uwolnić się od tych rozmyślań. Brakowało jej tchu ,lecz biegła dalej. Zatrzymała się dopiero w ogrodzie naprzeciwko Bazyliki Sacre Coeur. Usiadła na schodach z łokciami opartymi o kolana i głową w dłoniach. Nic już nie rozumiała.
- Czy jestem wariatką? ?powiedziała na głos.
Mężczyzna wspinający się akurat po schodach ,na których siedziała Christine odpowiedział jej :
-Chyba tak ,skoro gadasz do siebie.
Zaśmiał się z własnego żartu i poszedł dalej. Dziewczyna poczuła się jeszcze gorzej niż pół minuty wcześniej.
,,Świetnie ? pomyślała ? może już czas udać się do psychiatry.??
Z nieba zaczął prószyć śnieg. Białe płatki zaczęły opadać na miasto w najmniej spodziewanym momencie. Christine ,która myślała ,że teraz już nic jej nie zdziwi musiała zmienić zdanie. Widziała przecież dokładnie szybko wirujące śnieżynki opadające przed jej stopami . Po chwili uformowały się w kształt lilii.
- O nie! Tego już za wiele! ? krzyknęła Christine zrywając się na równe nogi. ? Idę do Jeana! Tylko jego teraz potrzebuję .
W tym momencie zadzwoniła komórka w kieszeni bluzy Christine. Włożyła ją tam wczoraj wieczorem ,gdyż słusznie przypuszczała ,że rano zapomni o takim szczególe. Wyciągnęła model i na wyświetlaczu zobaczyła ?a jakże by inaczej- imię Jeana ! Z mieszaniną radości i niepewności nacisnęła przycisk ,,Odbierz?? . Głos jej chłopaka natychmiast podziałał na Christine uspakajająco.
- Cześć Ginger. Mam nadzieję ,że nie przeszkadzam Ci w joggingu. ? odezwał się chłopak swoim głębokim , przyjaznym głosem.
- Nie , już skończyłam biegać. Wiesz ,właśnie miałam do Ciebie wpaść i opowiedzieć Ci o dziwnych rzeczach ,które przydarzają mi się od rana. ? odpowiedziała słabo Christine.
Jean wyczuł ,że coś jest nie tak. Nigdy nie słyszał w głosie Christine takiego niepokoju. Sposób w jaki wypowiedziała te dwa zdania nijak nie pasował do jego zawsze wesołej dziewczyny.
- Śmiało ,wpadaj jak najszybciej ,czekam na Ciebie. Acha, i powiem Ci coś na poprawę humoru. Jutro lecimy razem do Florencji. ? powiedział Jean wyraźnie dumny z siebie.
-Że?że co?! ? wyjąkała Christine.
Pięć czarnych kawek chodzących po ośnieżonych schodach wzbiło się w powietrze.
II
Ogród
Biegła przez ciemny ,zarośnięty olbrzymimi krzakami ogród. W odległość kilkudziesięciu metrów widziała szeroką ścieżkę oświetloną promieniami słońca. Wiedziała tylko ,że musi do niej dotrzeć. Przeskakiwała przez wystające korzenie olbrzymich drzew , odgarniała rękami gałęzie. Była już bardzo blisko dróżki . Jeszcze tylko kilka kroków. Jednak miała złe przeczucia. Wiedziała ,że za chwilę pojawi się coś ,co uniemożliwi jej ucieczkę. Ledwie o tym pomyślała ,na ścieżce pojawiła się wysoka postać w kapturze. Widziała dokładnie jej włosy wyglądające jak u mitologicznej meduzy i ręce zakończone ostrymi szponami jak u jej nauczycielki francuskiego.
,,Dlaczego myślę o niej nawet w takiej chwili?!?? ? pomyślała skonsternowana Christine.
Usłyszała szelest krzewów po swoich obu stronach. Szybko odwróciła głowę w lewo i dostrzegła zielonkawe dłonie rozgarniające gałęzie. To samo dostrzegła po prawej. W mgnieniu oka podjęła decyzję o odwrocie w głąb ogrodu ,chociaż wiedziała ,że przed chwilą stamtąd uciekła. Niestety kiedy zaczęła biec, wpadła prosto na istotę w pelerynie. Odskoczyła w tył jak oparzona czując ,że za chwilę zwymiotuje. Nie było wyjścia. Zewsząd otaczały ją szpetne stwory.
,,Nie mogę się poddać. ? umysł Christine pracował w przyspieszonym tempie. Czuła mocne bicie serca w klatce piersiowej ,a jej gardło ściśnięte było strachem. Czy naprawdę miała umrzeć? Musiała coś wymyślić.- Właściwie kto powiedział ,że te stwory są silniejsze ode mnie? Jeżeli są to i tak zginę. Bez znaczenia czy prędzej czy później??
Rozczochrała swoją rudą czuprynę i z dzikim okrzykiem rzuciła się w stronę jednego z upiorów. Wpadła na niego z impetem i zaczęła wściekle uderzać pięściami w coś , co kryło się pod peleryną. Zdawała sobie sprawę z beznadziejnego położenia ,w jakim się znalazła. Wyczerpana padła na ziemię ,czekając co się wydarzy. Bardzo możliwe ,że potwory rozszarpią ją pazurami ,albo zjedzą.
- Chcę ,żebyście zostawiły mnie w spokoju!- wykrzyknęła nagle.
Minęło kilka sekund i nic się nie wydarzyło ,więc zdezorientowana Christine otworzyła oczy. Osłupiała zaczęła rozglądać się po ogrodzie ,ale po potworach nie było ani śladu.
- Co to miało być? ?zapytała samą siebie. ? Dlaczego mnie posłuchały?
Podniosła się z ziemi i , tym razem powoli, poszła w stronę oświetlonej ścieżki. Kiedy na niej stanęła ,dech zaparło jej z zachwytu. Widziała przed sobą najpiękniejszy ogród na świecie. Zaczęła się śmiać.
- Tak musiał wyglądać Eden! ? wykrzyknęła i pobiegła w stronę strumienia płynącego leniwie obok drzew owocowych i kwitnących krzewów ,które mieniły się soczystą zielenią. Usiadła na łące i zaczerpnęła ręką wody. Tak jak się spodziewała ,była ona zimna i orzeźwiająca.
W błogim zadowoleniu ,położyła się na trawie. Czuła się znużona.
-Właściwie ,która jest godzina? ? Christine spojrzała na zegarek. ? 15.30 . Znów zaczęła wpatrywać się w niebo. ? O której godzinie powinnam wrócić? Może o 17?
Ponownie spojrzała na zegarek i osłupiała ,gdyż ten wskazywał godzinę 18.45. Dziewczyna powoli stanęła na nogi i zaczęła raz po raz przeskakiwać przez strumyczek.
- 18.45?! Jestem pewna ,że przed chwilą była 15.30. PEW-NA!
Dla podkreślenia tego słowa wskoczyła do strumyka obiema nogami na raz.
-No świetnie ,teraz na dodatek przemokną mi buty! Oby tak się nie stało, ale lepiej wyjdę?
Już miała ściągać swoje tenisówki ,kiedy zauważyła ,że są zupełnie suche. I wtedy dostała olśnienia.
- To jest sen! Ja śnię! ? wykrzyknęła. Czuła jak z sekundy na sekundę wzrasta jej ekscytacja ,bo Christine wiedziała co to oznacza. ? Mogę...mogę robić co chcę! Co tylko zapragnę! No więc zobaczmy czy to działa. Chcę latać.
W chwili kiedy zabierała się do skoku ,nagle rozbłysło przed nią oślepiające białe światło. Jednak tym razem Christine była spokojna. Wiedziała ,że nic nie dzieje się naprawdę. Światło powiększało się z każdą sekundą ,aż w końcu objęło całe pole widzenia dziewczyny. Zanim się obudziła ,usłyszała głos należący zapewne do kobiety w podeszłym wieku , który powiedział dobitnie jedno zdanie :
-Tajemnica musi pozostać tajemnicą.
*
Christine otworzyła oczy. Wyskoczyła z łóżka z niespodziewaną energią i od razu pobiegła w stronę drzwi do balkonu. Uporała się z zamknięciem po czym wyszła na zewnątrz oddając się w ramiona chłodu poranka. Przeciągnęła się teatralnie i wpatrując się w niezbyt ruchliwą Rue Paul Albert rozmyślała z rozmarzeniem o niezwykłym sennym widziadle.
,,A więc wygląda na to ,że miałam świadomy sen! Pierwszy raz w swoim życiu. Tyle razy próbowałam i nic ,a teraz pojawił się tak nagle i niespodziewanie!?? ? pomyślała dziewczyna z radością. Miała nadzieję ,że nie był to jej ostatni świadomy sen. Chciała ,aby zjawisko powtarzało się każdej nocy.
Kontemplowała krajobraz jeszcze przez chwilkę ,a następnie pościeliła łóżko ,narzuciła na siebie czarno ?biały dres i poszła do łazienki. Jak zauważyła stojąc przed lustrem , jej jasnorude włosy sięgające ledwie do ramion były dużo bardziej rozczochrane niż zwykle. Rozczesała je szczotką i zaplotła w dwa krótkie warkocze. Dziewczyna poszła do kuchni i wzięła stamtąd butelkę wody z wygodnym zamknięciem. Idealna na jej codzienny ,poranny jogging. Tego dnia miała jeszcze większą ochotę biegać niż zwykle. W końcu był pierwszy dzień ferii!
Na palcach przeszła przez korytarz ,gdyż pozostali dwaj domownicy jeszcze spali. Wyczuwała instynktownie ,że dziadek i Christian udusili by ją ,gdyby narobiła hałasu budząc ich. Dodatkowo jej brat bliźniak, jak zwykle zacząłby się naśmiewać z tego ,że idzie biegać. Christine zaczęła uprawiać jogging trzy miesiące temu i miała świetną kondycję. Niestety jej figura pozostała zaokrąglona jak dawniej. Mimo ,że dziewczyna zamartwiała się często z powodu lekkiej nadwagi, nadrabiała to śliczną twarzą i żywym ,wesołym usposobieniem.
Szybko zbiegła ze schodów i wyszła na ulicę. Zima w Paryżu nie była w tym roku zbyt dokuczliwa. Śnieg stopniał zaraz po Bożym Narodzeniu ,a termometry w połowie stycznia wskazywały średnio 5 stopni Celsjusza. Dodatkowo dres Christine był uszyty z materiału zatrzymującego ciepło więc biegnąc ,dziewczyna odczuwała tylko lekki ,orzeźwiający chłód. Spojrzała na zegarek. Była godzina 6.50. Przebiegła już całą Rue Paul Albert ,więc skręciła lekko w prawo i znalazła się na Rue Ronsard. Nie czuła się jeszcze zmęczona ,a pełne podziwu spojrzenia niektórych przechodniów dodawały jej sił.
Właśnie minęła kościstą damę w średnim wieku ,ubraną w elegancki płaszcz. Odwróciła głowę i zobaczyła jej surowe spojrzenie.
,,Chciałabym wiedzieć o czym teraz myślisz?? ? przemknęło Christine przez myśl.
,, Świetnie się na ciebie patrzy dziewczyno. Dawno już nie miałam czasu na relaks.?? ? odezwał się aksamitny głos o ironicznym zabarwieniu w głowie szesnastolatki.
Christine stanęła jak wryta ,tak nagle ,że dama w płaszczu omal na nią nie wpadła. Koścista warknęła coś w kierunku dziewczyny jednak ta zakryła sobie usta dłońmi ,żeby nie krzyknąć i puściła się biegiem przed siebie. Miała mętlik w głowie.
,,Nie. To nie może być prawda. Czy ja właśnie usłyszałam myśli tej kobiety?! Najpierw świadomy sen i potwory słuchające mojej woli. Teraz to. Czy wszystko ze mną w porządku?!??
Nie mogła uwolnić się od tych rozmyślań. Brakowało jej tchu ,lecz biegła dalej. Zatrzymała się dopiero w ogrodzie naprzeciwko Bazyliki Sacre Coeur. Usiadła na schodach z łokciami opartymi o kolana i głową w dłoniach. Nic już nie rozumiała.
- Czy jestem wariatką? ?powiedziała na głos.
Mężczyzna wspinający się akurat po schodach ,na których siedziała Christine odpowiedział jej :
-Chyba tak ,skoro gadasz do siebie.
Zaśmiał się z własnego żartu i poszedł dalej. Dziewczyna poczuła się jeszcze gorzej niż pół minuty wcześniej.
,,Świetnie ? pomyślała ? może już czas udać się do psychiatry.??
Z nieba zaczął prószyć śnieg. Białe płatki zaczęły opadać na miasto w najmniej spodziewanym momencie. Christine ,która myślała ,że teraz już nic jej nie zdziwi musiała zmienić zdanie. Widziała przecież dokładnie szybko wirujące śnieżynki opadające przed jej stopami . Po chwili uformowały się w kształt lilii.
- O nie! Tego już za wiele! ? krzyknęła Christine zrywając się na równe nogi. ? Idę do Jeana! Tylko jego teraz potrzebuję .
W tym momencie zadzwoniła komórka w kieszeni bluzy Christine. Włożyła ją tam wczoraj wieczorem ,gdyż słusznie przypuszczała ,że rano zapomni o takim szczególe. Wyciągnęła model i na wyświetlaczu zobaczyła ?a jakże by inaczej- imię Jeana ! Z mieszaniną radości i niepewności nacisnęła przycisk ,,Odbierz?? . Głos jej chłopaka natychmiast podziałał na Christine uspakajająco.
- Cześć Ginger. Mam nadzieję ,że nie przeszkadzam Ci w joggingu. ? odezwał się chłopak swoim głębokim , przyjaznym głosem.
- Nie , już skończyłam biegać. Wiesz ,właśnie miałam do Ciebie wpaść i opowiedzieć Ci o dziwnych rzeczach ,które przydarzają mi się od rana. ? odpowiedziała słabo Christine.
Jean wyczuł ,że coś jest nie tak. Nigdy nie słyszał w głosie Christine takiego niepokoju. Sposób w jaki wypowiedziała te dwa zdania nijak nie pasował do jego zawsze wesołej dziewczyny.
- Śmiało ,wpadaj jak najszybciej ,czekam na Ciebie. Acha, i powiem Ci coś na poprawę humoru. Jutro lecimy razem do Florencji. ? powiedział Jean wyraźnie dumny z siebie.
-Że?że co?! ? wyjąkała Christine.
Pięć czarnych kawek chodzących po ośnieżonych schodach wzbiło się w powietrze.
















