Czwartek, 17 Maja 2012. Imieniny: Sławomira, Paschalisa
POWODZENIA NA DZISIEJSZEJ
MATURZE!
Wyszukaj zaawansowane
Teraz w Cogito
Archiwum
Galerianki 2.0

Chodzi o to, żeby polujący stał się zwierzyną.
Kiedy się zorientuje, że stracił przewagę, będzie miał już pistolet przy głowie.

Znajdź uczelnię

Typ uczelni:
Województwo:
Kierunek studiów:
Rodzaj studiów:
Szukana fraza:

Ankieta

Angielski na maturze był:
prosty
może być
trudny

5.0

Tajemnice miasta: Florencja

Komentarze 2  Ocena 5.0  Odsłony 912

Linkownia

Wykop Gwar Digg Del.icio.us Linkr Reddit
Jest to początek powieści przygodowo-fantastycznej. Napisałam już 120 stron, jednak na próbę zamieszczam na razie pierwszy rozdział. Jeżeli się spodoba, będą następne. ;)

Rozdział I

Tramwaj

Wysiadła jak najszybciej z tramwaju numer 1, który właśnie zatrzymał się na przystanku. Na zewnątrz było już ciemno, tylko latarnie uliczne i światła sączące się z okien starych krakowskich kamienic nadawały miastu przyjazny a zarazem tajemniczy klimat. Irena jak zwykle podziwiała ten widok, idąc szybko przez przejście dla pieszych. Nagle oblał ją zimy pot. Właśnie przypomniała sobie, że zostawiła w tramwaju reklamówkę z książką, którą pół godziny wcześniej pożyczyła jej koleżanka. Ponieważ pojazd stał na czerwonym świetle, biegiem wróciła przed jego drzwi i zaczęła nerwowo naciskać okrągły przycisk służący do ich otwierania. Udało się. Weszła do środka i zamarła ze zdziwienia. Wewnątrz nie było ani jednego pasażera, choć jeszcze dwie minuty temu wszystkie siedzenia były zajęte.

- Co się do cholery dzieje? ? wymamrotała.
Mocno zaniepokojona szybkim krokiem podeszła do swojej reklamówki i zabrała ją z krzesła. Poczuła drgnięcie i tramwaj ruszył.
- Ale zaraz! Proszę zaczekać, ja tu wysiadam! ? krzyknęła Irena w stronę motorniczego. Mężczyzna nawet nie odwrócił się w jej stronę tylko zaczął się złośliwie śmiać.
Zdenerwowana pasażerka ruszyła w stronę kabiny kierowcy.
- Proszę pana to już jest naprawdę szczyt chamstwa. Doniosę na pana do pracodawcy.
- Coś mi się wydaje, że jednak nie doniesiesz ? odpowiedział maszynista powoli odwracając się w stronę Ireny. Miał twarz, na której było widać niewyraźne zarysy oczodołów. Nic poza tym.
- O Boże! Kim ty jesteś?! Jezus Maria, ratuj mnie!
Dziewczyna odwróciła się na pięcie i z sercem ściśniętym strachem zaczęła biec ile sił w nogach na drugi koniec wagonu. Kiedy była w połowie drogi z góry zeskoczyła postać w czarnej pelerynie. Kiedy kreatura wyprostowała się, można było dostrzec długie,wężowate włosy wystające spod kaptura a chwilę potem ostre jak brzytwa pazury u zielonkawych dłoni. Istota zaczęła się zbliżać w stronę Ireny, z której oczu zaczęły cieknąć łzy.
Co robić?! Odwróciła się i dostrzegła Maszynistę Bez Twarzy zbliżającego się w jej stronę. Wyciągnięte do przodu ręce pomagały mu znaleźć przejście między siedzeniami. Wyglądał jak zombie.
Irena podjęła decyzję w ułamku sekundy. Postanowiła, że bez względu na wszystko będzie walczyć o to aby przeżyć jak najdłużej. Wzięła zamach reklamówką i uderzyła nią w głowę kierowcę - potwora. Zachwiał się i upadł na podłogę. Miała zamiar dobiec do kabiny maszynisty, zatrzymać tramwaj i otworzyć drzwi. W tej chwili uświadomiła sobie, że od kilku chwil słyszy dziwny hałas dobiegający z zewnątrz. Popatrzyła na okna. To, co za nimi zobaczyła odebrało jej wszelką nadzieję na powodzenie planu.
Dziesiątki poczwar w pelerynach dobijały się do okien tramwaju. Utrzymywały się na pędzącym pojeździe swoimi ostrymi pazurami. Irena zdążyła zobaczyć szpetne twarze krzywiące się z wysiłku, zanim ktoś zacisnął rękę wokół jej szyi. Usłyszała cichy szept maszkary wydobywający się z jej cienkich ust razem z cuchnącym oddechem:
- Tajemnica musi pozostać tajemnicą.
Później zemdlała.


*


- Jaka tajemnica?! ? wykrzyknęła Irena gwałtownie budząc się ze snu, cała zlana zimnym potem.
Pamiętała tramwaj, Maszynistę Bez Twarzy i ? tu wzdrygnęła się - postaci w pelerynach. Zdała sobie sprawę z tego, że nie leży lecz siedzi.
Muszę ochłonąć ? pomyślała. Zsunęła miękką kołdrę ze swoich szczupłych nóg i oparła je na zimnej podłodze wyłożonej panelami z ciemnego drewna. Wzięła kilka głębokich wdechów i wstała z łóżka. Czując lekkie zawroty głowy, wyszła ze swojego pokoju i powoli ruszyła w stronę kuchni. W całym domu panowały doskonała cisza i jedwabista ciemność, które w normalnych warunkach tak bardzo uspokajały Irenę. Jednak tej nocy rozglądała się niepewnie na boki, sprawdzając czy przypadkiem w mroku nie czai się potwór z wężowatymi włosami.
Zeszła na dół po schodach i weszła do kuchni, gdzie delikatnie mrużąc oczy zapaliła światło. Wzięła z szafki butelkę wody i napełniła nią swoją ulubioną, kryształową szklankę. Wypiła wszystko duszkiem. Tak, teraz czuła się zdecydowanie lepiej.



*


W okolicach 5 rano Kraków budził się do życia. Samochody, autobusy i tramwaje zaczęły powoli wypełniać przyprószone śniegiem ulice a na chodnikach słychać było stukot obcasów kobiet spieszących się do pracy.

Dźwięki te zbudziły Irenę. Od wizyty w kuchni minęły 3 godziny i dziewczyna była wdzięczna za brak kolejnych dziwnych snów tej nocy. Sama nie wiedziała dlaczego, ale czuła wewnętrzny niepokój, jakby za chwilę miało zdarzyć się coś niezwykłego.
Irena ubrała się i poszła do łazienki, aby rozczesać lekko falowane, brązowe włosy opadające jej na plecy. Ochlapała twarz zimną wodą i zeszła do kuchni. Tak jak się spodziewała, zobaczyła swojego dziadka siedzącego przy stoliku i pijącego mocną herbatę. Powitał ją ironicznym, acz przyjaznym uśmiechem i powiedział:
- I jak tam, wyspała się moja aktorka? Słyszałem jak schodziłaś tutaj w nocy. Pamiętaj, że masz jeszcze szansę zrezygnować z tego wyjazdu.
- Cześć dziadku. Bynajmniej nie zamierzam. Wiesz, że nic nie wskórasz swoimi docinkami.

Pan Tadeusz Maciejewski zaśmiał się pod nosem. Miał pewne obawy co do wysyłania swojej jedynej wnuczki na zimowe warsztaty teatralne do Florencji.
Z oczywistych powodów nie mógł jej ich zdradzić.
- A czy można wiedzieć, co robiłaś w nocy na dole?
Po krótkim namyśle Irena odparła:
- Miałam koszmarny sen. Chociaż nie? to było coś więcej. Pewnie mnie nie zrozumiesz, ale czuję jakby za chwilę miało wydarzyć się coś dziwnego.
Dziewczyna wypiła kolejną szklankę wody i oparła się o blat stołu.
- Może nie jedź do Florencji? - zapytał bezczelnie pan Maciejewski.
W rzeczywistości koszmar Ireny zaniepokoił go bardziej niż to okazywał.
Natura wyczuwa co się święci ? pomyślał. - Ale przecież to niemożliwe. Nie spotkają się tam. Kiedy ostatnim razem widziałem Elisabettę wsiadała do samolotu. Dałaby znać, gdyby znalazła się z powrotem we Florencji.

Irena, która błędnie zinterpretowała zamyślenie dziadka, usiadła na krześle obok niego i objęła starca ramieniem.
- Nie martw się o mnie, proszę Cię. Mam wyrzuty sumienia, że tam jadę, kiedy patrzę, jak się męczysz. Florencja to nie koniec świata. Swoją drogą trochę mnie zadziwiasz staruszku ? tu uśmiechnęła się.
- Hej, młoda damo, nie pozwalaj sobie na zbyt wiele! - pan Maciejewski ceremonialnie zdjął jej rękę ze swojego ramienia.
- Ok, przepraszam. Wracając do tematu. Nigdy nie kwestionowałeś mojej niezależności i nagle, kiedy chodzi o ten wyjazd, sprawiasz wrażenie, jakby twoim największym marzeniem było, abym pozostała w domu.

Warto wspomnieć, że zdolności aktorskie Irena odziedziczyła właśnie po dziadku. Niestety, charakteryzowała się również właściwą mu przenikliwością, toteż pan Maciejewski przez kilka lat musiał się nieźle nagimnastykować, aby zatuszować przed wnuczką prawdę. Westchnął.
- Wiesz, po prostu zdałem sobie sprawę, że masz już szesnaście lat i niebawem pewnie opuścisz mnie na dobre.
- Daj spokój. Zawsze będę Cię odwiedzać. To czysta przyjemność ? wymówiła te słowa ze wzrokiem wbitym w podłogę. ? Dziadku? Czy możemy już skończyć tę rozmowę? Wiesz, że nie jestem zbyt dobra w sentymentach.
- Oczywiście. Byłabyś tak miła, aby usmażyć mi jajecznicę?



*



W południe Kraków był już pokryty grubą warstwą białego puchu. Dom Ireny i jej dziadka mieszczący się na ulicy Kanoniczej, w samym centrum Starego Miasta, wyglądał o tej porze roku czarująco. Zbudowany był z czerwonej cegły, w stylu, który Irena lubiła nazywać "stylem prywatnych angielskich szkół". Drażniło to pana Maciejewskiego, który na próżno powtarzał dziewczynie, że domostwo zostało wzniesione na początku XIX wieku na wzór projektu włoskiego architekta Giacomo Franchetti. Do ciężkich, dębowych drzwi prowadziły kamienne schodki a balkony obwiedzione były żeliwnymi barierkami, uformowanymi w fantazyjne motywy.
Po tych właśnie schodkach zbiegała teraz Irena, ubrana w czarny trencz i kremową spódnicę do kolan. Przed zimnem chroniły ją dodatkowo grube, szare rajstopy. Przeszła ścieżką przez ogołocony z zieleni ogród, w którym na wiosnę kwitły piękne piwonie i róże. Otworzyła furtkę a następnie starannie zamknęła ją za sobą, gdyż nigdy nie mogła znieść jej trzasku. Ruszyła przed siebie. Gdyby obejrzała się za siebie, zauważyłaby pięć pięknych kwiatów, które wyrosły w miejscu, po którym właśnie przeszła.

Celem wycieczki Ireny było biuro podróży Orbis, skąd miała odebrać bilety na jutrzejszy lot do Florencji. Skręciła najpierw w prawo, później w lewo i oto znalazła się na ulicy Grodzkiej ? jednej z najpiękniejszych w Krakowie, prowadzącej prosto na Rynek Główny. Przyłączyła się do sporej fali turystów i mieszkańców, również zmierzających w tamtym kierunku. Mimo padającego śniegu i śliskich płyt, którymi wyłożona była ulica, Irena chłonęła atmosferę miasta całą sobą. Wiedziała, że już następnego dnia czeka ją początek kolejnej przygody. Każda podróż była dla niej wielkim przeżyciem, zawsze starała się zapamiętać emocje i wrażenia, które towarzyszyły jej pobytowi w nowym miejscu. Wierzyła, że każde miasto ma swoje nieodkryte tajemnice i chociażby nie przypadło jej nigdy w udziale ich odkrywanie, wyobrażała sobie, że tak będzie.

Idąc przez Grodzką widziała po obu stronach ulicy przytulne restauracje, z których wypływał na zewnątrz apetyczny zapach potraw. Bez przerwy mijała ludzi, którzy również mieli swoje sprawy ale zdawali się, tak jak ona, dostrzegać niezwykłość miejsca, w którym się znajdują.
Weszła na Rynek Główny. Wiązało się z nim wiele jej wspomnień.
"Pamiętam jak spacerowałam tu z dziadkiem w Boże Narodzenie. Te cudowne światełka i choinki. Kramy świąteczne pod Sukiennicami i dźwięk kolęd w uszach. Już nie mogę się doczekać kolejnych świąt" ? pomyślała Irena.
Jej oczom ukazał się Kościół Mariacki oraz pomnik Adama Mickiewicza. Trębacz zaczął grać właśnie hejnał, kiedy zauważyła coś wielce osobliwego. Płatki śniegu przed nią zaczęły wirować i szybko opadać na ziemię, gdzie ułożyły się w kształt lilii. Irena przystanęła i z niedowierzaniem wpatrywała się w to dziwne zjawisko. Dziewczynę uderzyła fala niepokoju. Jeżeli ma to coś wspólnego z jej dzisiejszym snem? Schyliła się i dotknęła "kwiatu". Już miała iść dalej, kiedy poczuła jak coś porusza się pod jej dłonią. Niemal krzyknęła, kiedy dostrzegła, że to żywa roślina ? żółta lilia - rozwija się w nienaturalnie szybkim tempie, dosłownie na jej oczach. Nigdy w życiu nie czuła się tak przerażona i podekscytowana jednocześnie. Teraz już nie miała wątpliwości, że sen był zapowiedzią dziwnych wydarzeń. Biegnąc w kierunku ulicy Floriańskiej, nie zauważyła gromady czarnych kawek podążających jej śladem.

Oceń artykuł:

Moniczku - 2010-08-29 17:09:17
Moniczku
Mi też się podoba,od pierwszego rozdziału ciekawe ;P Co do kwiatów,nie wiadomo,co z tego wyniknie,chociaż ty wiesz,bo napisałaś już więcej. Więc nic nie mówię,bo może to jakaś kolejna tajemnica i wgl. Powodzenia! ;)
Alana - 2010-08-28 11:23:48
Alana
Podoba mi się, dobrze się czyta, już na samym początku (czyli w 1 rozdziale) pojawiają się tajemnice, które ciekawią. Tylko ten motyw z kwiatami wydaje mi się taki mało oryginalny i zbyt bajkowy, jakoś mi nie pasuje do całości, która jest raczej mroczna. Przynajmniej to, co widać do tej pory :) Pozdrawiam!
Skomentuj ten artykuł Zarejestruj się lub zaloguj aby dodać komentarz.

Chmurka tagów
Wydawnictwo nie ponosi odpowiedzialności za treści i zdjęcia zamieszczane przez użytkowników na stronie cogito.com.pl, w części WIRTUALNEJ REDAKCJI.
© Agencja Wydawnicza AGA-PRESS. Projekt i wykonanie: Agencja Interaktywna Mindscape.