Mariusz Maślanka
redakcja - artukuł dodany 2010-02-03 20:12
0
0.0
924
Młodzieńczy bunt przeciw wszystkiemu ma już za sobą. Zdał maturę w wieku, w którym ludzie zazwyczaj kończą studia ? mając 25 lat. Potem poszedł na studia, na drugim roku napisał swoją pierwszą powieść.
Z Mariuszem Maślanką, mieszkającym w Kielcach malarzem, prozaikiem, autorem książek "Bidul", "Kroki", "Na imię mam Jestem" i Jutro będzie lepiej", rozmawia Artur Maciak.
"Jestem niepoważny, nieodpowiedzialny i nieprzewidywalny" ? tak sam mówisz o sobie. Czy ktoś z takimi cechami nadaje się na studia? Może po prostu od razu Irlandia?
Niepoważny, nieodpowiedzialny i nieprzewidywalny ? to raczej już czas przeszły. Ale ktoś z takimi cechami nadaje się na studia jak najbardziej. Studia to piękny okres, mógłbym być wiecznym studentem, może nawet zacznę jakiś nowy kierunek, przy sprzyjających wiatrach może jakoś skończę. Kiedyś myślałem trochę o emigracji, jednak szybko mi przeszło. Polska to piękny kraj, dobrze mi tutaj. A do Irlandii to ja mogę jechać na wycieczkę.
Mówisz o sobie "nocny typek", czyli koleś, co to po zachodzie słońca odżywa i aktywnie uczestniczy w życiu wieczornym miasta. Taki tryb życia można pogodzić ze studiowaniem?
Mi pomagało. I z tego, co zaobserwowałem, to dla większości studentów życie zaczyna się dopiero wieczorem. Mi najlepsze pomysły przychodziły do głowy, kiedy przebywałem między ludźmi. Kiedy coś piszę, to wyłącznie w nocy. A jak maluję, to wyłącznie w dzień. Do pisania potrzebny jest mi mrok za oknem, a do malowania światło dzienne. Między tym i tamtym zawsze znalazł się czas, żeby czasem pojawić się na uczelni.
Wybrałeś studia plastyczne, by sobie "podkręcić" image artysty, pisarza?
Tak naprawdę to chciałem studiować architekturę, jednak jestem totalnie tępy z przedmiotów ścisłych, więc to mnie dyskwalifikowało i nawet nie próbowałem tam się dostać. Zostały więc studia plastyczne, jest większy luz, nie ma przedmiotów ścisłych. Na studiach plastycznych miałem też dużo czasu na pisanie. Ale choć "Jutro będzie lepiej" to już moja czwarta książka, nadal nie czuję się pisarzem. Zawsze czułem się malarzem, świat postrzegam przez pryzmat malarstwa, jestem jakby dzikusem lub chłopcem, który nieustannie się wszystkiemu dziwi, a potem impulsywnie wstukuje to wszystko do komputera lub przelewa na papier czy płótno. I gdy piszę, staram się namalować historię najprostszymi słowami. Prostota to dla mnie najlepszy środek wyrazu.
Powiedziałeś kiedyś, że lubisz piwo. Ono bardziej pomaga malować czy studiować?
Jak dla mnie to piwo nie pomaga ani w malowaniu, ani w studiowaniu. Nie pomaga też w pisaniu. Wszystko, co dotychczas napisałem i namalowałem, było na trzeźwo. Piwo po prostu pozwala mi się po tym wszystkim rozluźnić. Kiedy coś skończę, natychmiast idę na piwo, przebywam między ludźmi i się resetuję.
Czy studia wyleczyły Cię z tego "nieustannego odlotu", w jakim bywa Twój umysł?
Nigdy nie potrafiłem przyswajać wiedzy w grupie, na wykładach jest dużo osób, jakiś spęd się robi, wykładowca coś mówi, jedni słuchają, drudzy rozmawiają, a ja, chcę czy nie chcę, najczęściej się wyłączam i jestem gdzieś indziej. Wykłady zawsze były dla mnie stratą czasu. Żeby coś przyswoić, muszę być sam, ewentualnie może być jeszcze jedna osoba, z którą mam bezpośredni kontakt i wymieniam poglądy tylko z tą osobą, koncentruję się wyłącznie na niej i na tym, co mówi. Tak więc studia nie wyleczyły mnie z "nieustannego odlotu".
Dziesięć lat wychowywałeś się w domu dziecka. Spotkałem się z takim stwierdzeniem, że jak się jest z bidula, to jest łatwiej. Czekasz, kiedy możesz stamtąd wyfrunąć w świat i potem za niczym nie tęsknisz. Jesteś bardziej aktywny w życiu, bo wiesz, że sam zależysz od siebie. Znasz życie, więc jest ci łatwiej niż osobom, które na studia wyjeżdżają z ciepłych domków. To prawda?
Nie wiem, czy jest łatwiej, czy gorzej. Wszystko zależy od wrażliwości czy środowiska, w którym ktoś się wychowuje. Dla jednego mały problem będzie wielkim, dla drugiego wielki będzie małą pestką. Ja zawsze miałem wrażenie, że zależę wyłącznie od siebie. Starałem się na nikogo nie liczyć, ale bywało tak, że czasem ktoś bezinteresownie pomógł, bywało również tak, że znaleźli się tacy, którzy podcinali skrzydła, ot po prostu życie. Dla mnie życie składa się z etapów, gorszy wynik na jednym z nich lub podcięcie skrzydeł nie oznacza klapy, przede mną kolejne etapy, na których można się poprawić.
Ale masz marzenia?
Kiedy byłem w bidulu, moje marzenia były jakby zamrożone, wiedziałem tylko tyle, że kiedyś je rozmrożę i zacznę realizować. I gdy opuściłem tę placówkę, poczułem się, jakbym się na nowo narodził. Włóczyłem się, malowałem, czytałem i tu i ówdzie pracowałem. Miałem przerwaną szkołę średnią. Kiedy miałem 25 lat, postanowiłem zdać maturę eksternistycznie, po czym poszedłem na studia. Miałem dość pokaźny bagaż doświadczeń i obserwacji.
Też w to wierzysz ? że życie można namalować od nowa? Że jutro będzie lepiej?
Kiedy jest źle, mam w zwyczaju mówić: będzie dobrze. Ale najczęściej czuję się jak Forrest Gump i mówię sobie, że życie to nie bułka z masłem. I tak samo jak on nie narzekam, bo w sumie życie jakoś mi się układa.
Z Mariuszem Maślanką, mieszkającym w Kielcach malarzem, prozaikiem, autorem książek "Bidul", "Kroki", "Na imię mam Jestem" i Jutro będzie lepiej", rozmawia Artur Maciak.
"Jestem niepoważny, nieodpowiedzialny i nieprzewidywalny" ? tak sam mówisz o sobie. Czy ktoś z takimi cechami nadaje się na studia? Może po prostu od razu Irlandia?
Niepoważny, nieodpowiedzialny i nieprzewidywalny ? to raczej już czas przeszły. Ale ktoś z takimi cechami nadaje się na studia jak najbardziej. Studia to piękny okres, mógłbym być wiecznym studentem, może nawet zacznę jakiś nowy kierunek, przy sprzyjających wiatrach może jakoś skończę. Kiedyś myślałem trochę o emigracji, jednak szybko mi przeszło. Polska to piękny kraj, dobrze mi tutaj. A do Irlandii to ja mogę jechać na wycieczkę.
Mówisz o sobie "nocny typek", czyli koleś, co to po zachodzie słońca odżywa i aktywnie uczestniczy w życiu wieczornym miasta. Taki tryb życia można pogodzić ze studiowaniem?
Mi pomagało. I z tego, co zaobserwowałem, to dla większości studentów życie zaczyna się dopiero wieczorem. Mi najlepsze pomysły przychodziły do głowy, kiedy przebywałem między ludźmi. Kiedy coś piszę, to wyłącznie w nocy. A jak maluję, to wyłącznie w dzień. Do pisania potrzebny jest mi mrok za oknem, a do malowania światło dzienne. Między tym i tamtym zawsze znalazł się czas, żeby czasem pojawić się na uczelni.
Wybrałeś studia plastyczne, by sobie "podkręcić" image artysty, pisarza?
Tak naprawdę to chciałem studiować architekturę, jednak jestem totalnie tępy z przedmiotów ścisłych, więc to mnie dyskwalifikowało i nawet nie próbowałem tam się dostać. Zostały więc studia plastyczne, jest większy luz, nie ma przedmiotów ścisłych. Na studiach plastycznych miałem też dużo czasu na pisanie. Ale choć "Jutro będzie lepiej" to już moja czwarta książka, nadal nie czuję się pisarzem. Zawsze czułem się malarzem, świat postrzegam przez pryzmat malarstwa, jestem jakby dzikusem lub chłopcem, który nieustannie się wszystkiemu dziwi, a potem impulsywnie wstukuje to wszystko do komputera lub przelewa na papier czy płótno. I gdy piszę, staram się namalować historię najprostszymi słowami. Prostota to dla mnie najlepszy środek wyrazu.
Powiedziałeś kiedyś, że lubisz piwo. Ono bardziej pomaga malować czy studiować?
Jak dla mnie to piwo nie pomaga ani w malowaniu, ani w studiowaniu. Nie pomaga też w pisaniu. Wszystko, co dotychczas napisałem i namalowałem, było na trzeźwo. Piwo po prostu pozwala mi się po tym wszystkim rozluźnić. Kiedy coś skończę, natychmiast idę na piwo, przebywam między ludźmi i się resetuję.
Czy studia wyleczyły Cię z tego "nieustannego odlotu", w jakim bywa Twój umysł?
Nigdy nie potrafiłem przyswajać wiedzy w grupie, na wykładach jest dużo osób, jakiś spęd się robi, wykładowca coś mówi, jedni słuchają, drudzy rozmawiają, a ja, chcę czy nie chcę, najczęściej się wyłączam i jestem gdzieś indziej. Wykłady zawsze były dla mnie stratą czasu. Żeby coś przyswoić, muszę być sam, ewentualnie może być jeszcze jedna osoba, z którą mam bezpośredni kontakt i wymieniam poglądy tylko z tą osobą, koncentruję się wyłącznie na niej i na tym, co mówi. Tak więc studia nie wyleczyły mnie z "nieustannego odlotu".
Dziesięć lat wychowywałeś się w domu dziecka. Spotkałem się z takim stwierdzeniem, że jak się jest z bidula, to jest łatwiej. Czekasz, kiedy możesz stamtąd wyfrunąć w świat i potem za niczym nie tęsknisz. Jesteś bardziej aktywny w życiu, bo wiesz, że sam zależysz od siebie. Znasz życie, więc jest ci łatwiej niż osobom, które na studia wyjeżdżają z ciepłych domków. To prawda?
Nie wiem, czy jest łatwiej, czy gorzej. Wszystko zależy od wrażliwości czy środowiska, w którym ktoś się wychowuje. Dla jednego mały problem będzie wielkim, dla drugiego wielki będzie małą pestką. Ja zawsze miałem wrażenie, że zależę wyłącznie od siebie. Starałem się na nikogo nie liczyć, ale bywało tak, że czasem ktoś bezinteresownie pomógł, bywało również tak, że znaleźli się tacy, którzy podcinali skrzydła, ot po prostu życie. Dla mnie życie składa się z etapów, gorszy wynik na jednym z nich lub podcięcie skrzydeł nie oznacza klapy, przede mną kolejne etapy, na których można się poprawić.
Ale masz marzenia?
Kiedy byłem w bidulu, moje marzenia były jakby zamrożone, wiedziałem tylko tyle, że kiedyś je rozmrożę i zacznę realizować. I gdy opuściłem tę placówkę, poczułem się, jakbym się na nowo narodził. Włóczyłem się, malowałem, czytałem i tu i ówdzie pracowałem. Miałem przerwaną szkołę średnią. Kiedy miałem 25 lat, postanowiłem zdać maturę eksternistycznie, po czym poszedłem na studia. Miałem dość pokaźny bagaż doświadczeń i obserwacji.
Też w to wierzysz ? że życie można namalować od nowa? Że jutro będzie lepiej?
Kiedy jest źle, mam w zwyczaju mówić: będzie dobrze. Ale najczęściej czuję się jak Forrest Gump i mówię sobie, że życie to nie bułka z masłem. I tak samo jak on nie narzekam, bo w sumie życie jakoś mi się układa.
















