Katarzyna Glinka
redakcja - artukuł dodany 2010-02-02 14:54
0
0.0
1111
Siedem lat temu ukończyła Wydział Aktorski Państwowej Wyższej Szkoły Telewizyjnej, Filmowej i Teatralnej w Łodzi. Obecnie jest aktorką Teatru Polskiego w Warszawie.
Podobno w liceum była Pani prymuską, miała świadectwa z czerwonym paskiem. Jak w takim razie wyglądał Pani indeks na studiach aktorskich?
Równie dobrze. Ja bardzo poważnie traktowałam te studia ? byłam studentką, która dostawała stypendium. Jako pierwsza na roku napisałam pracę magisterską i jako pierwsza ją obroniłam. Na piątkę! Ale ja od dziecka tak serio podchodziłam do nauki. Nie umiałam sobie odpuścić ? chyba ze względu na ambicję. Oczywiście nie będę robić z siebie kujona, bo w podstawówce tak samo chętnie się uczyłam, jak chodziłam po drzewach. Ale rodzice nauczyli mnie wtedy, że najpierw należy odrobić lekcje, a potem można iść na podwórko. I mimo że miałam dużo nauki, bo kończyłam równolegle szkołę muzyczną, to zawsze znalazłam czas na zabawę. Tu sprawdza się stara zasada: im więcej człowiek ma zajęć, tym lepiej potrafi się zorganizować.
Ale chyba nie w szkole aktorskiej? Studenci narzekają, że tam nie ma czasu na rozrywki.
Rzeczywiście, cały tydzień od rana do nocy wypełniony jest zajęciami ? taka jest specyfika tej szkoły. No, ale dla chcącego nic trudnego. Mój rok jakoś zawsze znajdował czas na to, żeby się pobawić. Kiedy? Późnymi wieczorami, po zajęciach. W końcu jak człowiek ma 20 lat, to nie potrzebuje dużo czasu na sen. I bardzo szybko regeneruje się po nieprzespanych nocach.
Jest co wspominać? Imprezy były udane?
Były cudowne! Studia to był zresztą jeden z najprzyjemniejszych etapów w moim życiu. Bo człowiek jest wtedy bardzo beztroski, o nic jeszcze nie musi się martwić. Ale z drugiej strony stanowi już sam o sobie i nikomu nie musi się tłumaczyć ? to też jest fajne. Do szkoły dostaje się wyselekcjonowana grupa ludzi, co powoduje, że naprawdę przyjemnie spędza się wspólny czas. W szkole filmowej studiują też reżyserzy i operatorzy, jest wielu ciekawych ludzi, wiele osobowości. Po studiach zostają więc nie tylko miłe wspomnienia, ale i twórcze znajomości.
W tym zawodzie dużo zależy od szczęścia, przypadku. Szkolne piątki nie zagwarantują pracy młodemu aktorowi. Zna Pani chyba ten problem z autopsji...
Myślę, że tak samo jest w każdej innej branży. Studia ? jakiekolwiek by one były ? są okresem pewnym i bezpiecznym. Przez kilka lat czujemy nad sobą parasol ochronny. A życie weryfikuje nasze zawodowe marzenia. Ja miałam to szczęście, że zaczęłam pracować od razu po skończeniu studiów. Przez kilka lat występowałam w teatrze w Olsztynie. Nie byłam znaną aktorką, ale na pewno realizowałam się w swoim zawodzie.
Rozmawiała Ewa Anna Baryłkiewicz
Podobno w liceum była Pani prymuską, miała świadectwa z czerwonym paskiem. Jak w takim razie wyglądał Pani indeks na studiach aktorskich?
Równie dobrze. Ja bardzo poważnie traktowałam te studia ? byłam studentką, która dostawała stypendium. Jako pierwsza na roku napisałam pracę magisterską i jako pierwsza ją obroniłam. Na piątkę! Ale ja od dziecka tak serio podchodziłam do nauki. Nie umiałam sobie odpuścić ? chyba ze względu na ambicję. Oczywiście nie będę robić z siebie kujona, bo w podstawówce tak samo chętnie się uczyłam, jak chodziłam po drzewach. Ale rodzice nauczyli mnie wtedy, że najpierw należy odrobić lekcje, a potem można iść na podwórko. I mimo że miałam dużo nauki, bo kończyłam równolegle szkołę muzyczną, to zawsze znalazłam czas na zabawę. Tu sprawdza się stara zasada: im więcej człowiek ma zajęć, tym lepiej potrafi się zorganizować.
Ale chyba nie w szkole aktorskiej? Studenci narzekają, że tam nie ma czasu na rozrywki.
Rzeczywiście, cały tydzień od rana do nocy wypełniony jest zajęciami ? taka jest specyfika tej szkoły. No, ale dla chcącego nic trudnego. Mój rok jakoś zawsze znajdował czas na to, żeby się pobawić. Kiedy? Późnymi wieczorami, po zajęciach. W końcu jak człowiek ma 20 lat, to nie potrzebuje dużo czasu na sen. I bardzo szybko regeneruje się po nieprzespanych nocach.
Jest co wspominać? Imprezy były udane?
Były cudowne! Studia to był zresztą jeden z najprzyjemniejszych etapów w moim życiu. Bo człowiek jest wtedy bardzo beztroski, o nic jeszcze nie musi się martwić. Ale z drugiej strony stanowi już sam o sobie i nikomu nie musi się tłumaczyć ? to też jest fajne. Do szkoły dostaje się wyselekcjonowana grupa ludzi, co powoduje, że naprawdę przyjemnie spędza się wspólny czas. W szkole filmowej studiują też reżyserzy i operatorzy, jest wielu ciekawych ludzi, wiele osobowości. Po studiach zostają więc nie tylko miłe wspomnienia, ale i twórcze znajomości.
W tym zawodzie dużo zależy od szczęścia, przypadku. Szkolne piątki nie zagwarantują pracy młodemu aktorowi. Zna Pani chyba ten problem z autopsji...
Myślę, że tak samo jest w każdej innej branży. Studia ? jakiekolwiek by one były ? są okresem pewnym i bezpiecznym. Przez kilka lat czujemy nad sobą parasol ochronny. A życie weryfikuje nasze zawodowe marzenia. Ja miałam to szczęście, że zaczęłam pracować od razu po skończeniu studiów. Przez kilka lat występowałam w teatrze w Olsztynie. Nie byłam znaną aktorką, ale na pewno realizowałam się w swoim zawodzie.
Rozmawiała Ewa Anna Baryłkiewicz
















