Szarymi oczami Emilki R. - cz. 4
kryptonite - artukuł dodany 2009-11-07 12:03
1
5.0
1685
Po prostu, beż owijania w bawełnę - czwarta część losów Emilki, jej przyjaciół i rodziny. Czekam na oceny.
Skończyłam lekcje o dwie godziny wcześniej niż miałam w planie. Okazało się, że profesorka od matmy zachorowała i dyr pozwolił nam iść do domu. Strasznie się ucieszyłam, chciałam jak najszybciej zakończyć ten dzień - wszystko przez Anastazję i Bułę. Postanowiłam po drodze, że zajrzę do Jolki, aby sprawdzić, co jej dolega. Mieszkałyśmy od siebie o jakieś dwa przystanki autobusowe, jakieś 20 minut drogi piechotą. Zapukałam do drzwi. Otworzyła mi jej mama, kobieta o oryginalnej urodzie: jej mama miała podobno korzenie cygańskie. Trochę zakręcona kobieta, oczywiście w sensie pozytywnym... Grzecznie spytałam, czy mogę odwiedzić jej córkę. W odpowiedzi usłyszałam:
- Jola? Emilko, przepraszam Cię, ale śpi. Może wpadnij za godzinę...
- Dobrze. A przynajmniej dobrze się czuję? - małe śledztwo nikomu nie zaszkodziło.
- Tak. Błagała mnie, żebym ją zwolniła, bo nie chciała iść do szkoły. Wątpię, żeby była chora... Były jakieś klasówki czy kartkówki?
- Nie - już nie wiedziałam, co mojej przyjaciółce chodziło...
- Hmm... - pani Janiszewska zastanowiła się chwilę... - Nie wiem, co się z moją córką dzieje... Kiedyś była radosna, uśmiechnięta a od wczoraj zachowuje się jak w transie... Idź już, Emilko, proszę, będę musiała z nią porozmawiać.
Oho, zanosiło się na burzę z piorunami. Mama Jolki potrafiła urządzać awantury. Słyszałam kiedyś, jak ochrzaniała swoją najmłodszą córkę, Alicję, za to, że przeklinała. Niezłe dziecko, w wieku 10 lat już znało jeden język: łacinę podwórkową. Nieważne. Dotarłam do domu, a moja babcia uzupełniała jakieś papiery w salonie. Odruchowo udałam się w jej kierunku, a ona zauważyła mnie i błagalnym tonem zapytała:
- Emilka, podaj mi swoją datę urodzenia. A, i jeszcze jak możesz, to i Bartosza.
Co roku to samo. Babcia uzupełniała papiery i pytała się mnie o daty urodzenia. Zaniepokoiłam się, podobno takie są objawy Alzheimera. Wzięłam głęboki oddech i odparłam:
- Moja to 10 listopada 1991 roku, a Bartosza - 7 marca 1988 r.
- Dziękuję. Aha, o wilku mowa, twojego brata nie ma. Wyszedł gdzieś i nawet nie raczył mnie poinformować gdzie. Co się z tym chłopakiem dzieje... - westchnęła babunia, a ja szybko pobiegłam to "jamy Bazyliszka", włączyłam Internet oraz zalogowałam na GG.
Proszę, proszę, Jolka była na widoku. Nasza rozmowa wyglądała tak:
EMI: Jolka, czemu nie byłaś w szkole????
JOLI: Emilka, poczekaj, zaraz ci wszystko opiszę...
(Długo jej się to schodziło, więc postanowiłam rozejrzeć się po pokoju Bartosza. Był bardzo czysty, bez ozdób, przez co wydawał się większy niż w rzeczywistości. Na półce zauważyłam cztery globusy, podręczniki do matmy oraz książki Dostojewskiego. Wzięłam ZBRODNIĘ I KARĘ, bo miałam to za jakiś czas omawiać. Podobno były w niej okropne opisy, jak mi mówili maturzyści. Chciałam się przekonać. Już otworzyłam na pierwszej stronie, aż przyszłą wiadomość Jolki. Zaczęłam czytać:
JOLI: Dostosowałam się do twojej rady. Nie mówiłam Ci, ale kilka miesięcy temu spotykałam się z Piotrem Gradonem. To brat naszego Rafałka, dziwne, że o nim w ogóle nie wspomina. Piotr jest cudny, chyba najprzystojniejszy facet w mieście.
(Tutaj przerwałam, aby złapać trochę powietrza. Jolka i Piotr Gradon?! A on podobno nie miał dziewczyny! Świnia, a wydawało mi się, że wczoraj wpadłam mu w oko!)
Uspokoiłam się trochę i kontynuowałam czytanie:
JOLI: Nie było mnie dziś w szkole, bo umówiłam się właśnie z nim u mnie w domu. Przyszedł, ja zrobiłam kawę i podałam herbatniki, a potem... Mmm, cudownie... Więcej powiem ci, kiedy się spotkamy. Zgadzasz się na to?
Wkurzyłam się dość mocno, miałam ochotę napisać jej, aby się pocałowała w tyłek, ale wzięłam 15 głębokich wdechów i odpisałam:
EMI: Sorki, dziś nie mogę. Opowiesz mi jutro albo w innych dniach. Pa!
I rozłączyłam się.
Skończyłam lekcje o dwie godziny wcześniej niż miałam w planie. Okazało się, że profesorka od matmy zachorowała i dyr pozwolił nam iść do domu. Strasznie się ucieszyłam, chciałam jak najszybciej zakończyć ten dzień - wszystko przez Anastazję i Bułę. Postanowiłam po drodze, że zajrzę do Jolki, aby sprawdzić, co jej dolega. Mieszkałyśmy od siebie o jakieś dwa przystanki autobusowe, jakieś 20 minut drogi piechotą. Zapukałam do drzwi. Otworzyła mi jej mama, kobieta o oryginalnej urodzie: jej mama miała podobno korzenie cygańskie. Trochę zakręcona kobieta, oczywiście w sensie pozytywnym... Grzecznie spytałam, czy mogę odwiedzić jej córkę. W odpowiedzi usłyszałam:
- Jola? Emilko, przepraszam Cię, ale śpi. Może wpadnij za godzinę...
- Dobrze. A przynajmniej dobrze się czuję? - małe śledztwo nikomu nie zaszkodziło.
- Tak. Błagała mnie, żebym ją zwolniła, bo nie chciała iść do szkoły. Wątpię, żeby była chora... Były jakieś klasówki czy kartkówki?
- Nie - już nie wiedziałam, co mojej przyjaciółce chodziło...
- Hmm... - pani Janiszewska zastanowiła się chwilę... - Nie wiem, co się z moją córką dzieje... Kiedyś była radosna, uśmiechnięta a od wczoraj zachowuje się jak w transie... Idź już, Emilko, proszę, będę musiała z nią porozmawiać.
Oho, zanosiło się na burzę z piorunami. Mama Jolki potrafiła urządzać awantury. Słyszałam kiedyś, jak ochrzaniała swoją najmłodszą córkę, Alicję, za to, że przeklinała. Niezłe dziecko, w wieku 10 lat już znało jeden język: łacinę podwórkową. Nieważne. Dotarłam do domu, a moja babcia uzupełniała jakieś papiery w salonie. Odruchowo udałam się w jej kierunku, a ona zauważyła mnie i błagalnym tonem zapytała:
- Emilka, podaj mi swoją datę urodzenia. A, i jeszcze jak możesz, to i Bartosza.
Co roku to samo. Babcia uzupełniała papiery i pytała się mnie o daty urodzenia. Zaniepokoiłam się, podobno takie są objawy Alzheimera. Wzięłam głęboki oddech i odparłam:
- Moja to 10 listopada 1991 roku, a Bartosza - 7 marca 1988 r.
- Dziękuję. Aha, o wilku mowa, twojego brata nie ma. Wyszedł gdzieś i nawet nie raczył mnie poinformować gdzie. Co się z tym chłopakiem dzieje... - westchnęła babunia, a ja szybko pobiegłam to "jamy Bazyliszka", włączyłam Internet oraz zalogowałam na GG.
Proszę, proszę, Jolka była na widoku. Nasza rozmowa wyglądała tak:
EMI: Jolka, czemu nie byłaś w szkole????
JOLI: Emilka, poczekaj, zaraz ci wszystko opiszę...
(Długo jej się to schodziło, więc postanowiłam rozejrzeć się po pokoju Bartosza. Był bardzo czysty, bez ozdób, przez co wydawał się większy niż w rzeczywistości. Na półce zauważyłam cztery globusy, podręczniki do matmy oraz książki Dostojewskiego. Wzięłam ZBRODNIĘ I KARĘ, bo miałam to za jakiś czas omawiać. Podobno były w niej okropne opisy, jak mi mówili maturzyści. Chciałam się przekonać. Już otworzyłam na pierwszej stronie, aż przyszłą wiadomość Jolki. Zaczęłam czytać:
JOLI: Dostosowałam się do twojej rady. Nie mówiłam Ci, ale kilka miesięcy temu spotykałam się z Piotrem Gradonem. To brat naszego Rafałka, dziwne, że o nim w ogóle nie wspomina. Piotr jest cudny, chyba najprzystojniejszy facet w mieście.
(Tutaj przerwałam, aby złapać trochę powietrza. Jolka i Piotr Gradon?! A on podobno nie miał dziewczyny! Świnia, a wydawało mi się, że wczoraj wpadłam mu w oko!)
Uspokoiłam się trochę i kontynuowałam czytanie:
JOLI: Nie było mnie dziś w szkole, bo umówiłam się właśnie z nim u mnie w domu. Przyszedł, ja zrobiłam kawę i podałam herbatniki, a potem... Mmm, cudownie... Więcej powiem ci, kiedy się spotkamy. Zgadzasz się na to?
Wkurzyłam się dość mocno, miałam ochotę napisać jej, aby się pocałowała w tyłek, ale wzięłam 15 głębokich wdechów i odpisałam:
EMI: Sorki, dziś nie mogę. Opowiesz mi jutro albo w innych dniach. Pa!
I rozłączyłam się.
















Kochliwa coś ta Jolka...
Do mnie nie przemawia, ale niewybrednym nastolatkom powinno się spodobać :)