Alternatywa na motylki w brzuchu
LaPocher - artukuł dodany 2009-06-27 13:37
5
5.0
977
Zauroczenie to uczucie (również stan), który często jest pomijany i spychany na bok, by ustąpić miejsca miłości. Ta pierwsza zajmuje naczelne miejsce w poezji, prozie, czy masowej kulturze. Zauroczenie mniejsze w swej sile i mniej tragiczne.
***************************************************************
Na potrzeby tego artykułu mój prywatny obiekt westchnień nazwijmy Iksem.
Z góry wyjaśniam, że ów wywód nie jest moją potrzebą wypłakania się w rękaw internautów, ale przemyśleniami na powyższy temat.
***************************************************************
Nie jesteśmy robotami zaprogramowanymi do wykonywania rutynowych czynności: spania, jedzenia, nauki, pracy czy zanieczyszczania środowiska gazami własnej produkcji. W zamyśle Boga Stwórcy było uczynienie nas istotami myślącymi, mającymi wolną wolę i zdolność do odczuwania i okazywania uczuć. Jednak jak to bywa, ten idealny projekt miał pewne wady produktu, których nawet Wszystkowiedzący nie mógł przewidzieć i których reklamacji nie mógł zgłosić, ponieważ, no cóż, nie ma na to gwarancji. Miłość, która miała zabierać do krainy wiecznej szczęśliwości, niejednokrotnie zadawała rany, a wyższe wartości straciły na swej potędze. Nie oznacza to jednak, że okres ich świetności przeminął, o nie. Wytworzyły się podrzędne uczucia. Jak na przykład zauroczenie.
Iks nie jest jakimś królikiem doświadczalnym. Mówiąc językiem kolokwialnym - zabujałam się w nim. Nie oznacza to, że jest moim księciem na białym ogierze, a raczej czarnym BMW. Najzwyczajniej w świecie mi się podoba. Przypuszczam, że nie muszę tego tłumaczyć. Iks jest słodki, słucha mamy, pochłania ogromne ilości jedzenia, a i tak wygląda jak patyk, ciągle się śmieje, jakby cały ten świat był dla niego jednym wielkim żartem, a jego dom wygląda jak żywcem wyciągnięty z "M jak mieszkanie".
Moje gruczoły ślinowe przyśpieszają obroty, gdy go widzę, a puls przyśpiesza, gdy ten idzie sobie chodnikiem, albo gdy przy jego imieniu w komunikatorze Gadu-Gadu zapala się to zbawienne żółte słoneczko. Tak mniej więcej wygląda reakcja mojego organizmu. A umysł? Myślę o nim. Często. Skąd wiem, że to nie miłość? Bo potrafiłabym bez niego żyć. Nie piszę piosenek ku chwale jego osoby ani nic w tym stylu. Cieszę się jego widokiem, ale to było tyle. Taki stan rzeczy mi odpowiada.
Zauroczenie to piękna rzecz. Zlinczujcie mnie albo spalcie na stosie niczym czarownice z Salem za to zdanie, ale go nie cofnę. Po co mieszać w to podniosłe słowa, skakanie z mostu czy kulki w łeb (aluzja do "Romea i Julii" w wersji DiCaprio i Deynes), skoro istnieje zauroczenie? Iks dał mi dowód, że prostsze rzeczy bywają lepsze. Nie chodzi tu oczywiście o różnicę między keksem czy tortem, tylko o miłość. Opiewana przez tyle lat zawsze chwyta serca, wyciska łzy, zakłada na nos różowe okulary.
Jest piękna i okrutna. Już raz dałam się jej uwieść, i nie mówię, że nie zrobię tego ponownie, ale na dzień dzisiejszy wolę jej bezpieczniejszą wersję. Do miłości muszę jeszcze dojrzeć, by móc traktować ją poważnie i z należytym jej szacunkiem, mimo, że jest suką. Mając te naście lat nie wie się jeszcze tylu rzeczy…
Niewątpliwie wnioski po przeczytaniu powyższych słów nasuną się same. Mój obraz w Waszych głowach będzie klarowny - strzała Amora spudłowała w moim przypadku, a kiedy chciałam dorwać tego małego drania z łukiem w ręku i debilnym uśmiechem na ustach, skubaniec znalazł drogę ucieczki. Pewnie Was zaskoczę, ale nie miałam potrzeby robienia z głowy bożka miłości wypchanego trofeum na ścianę. Nie jestem też zwolenniczką prostszych rozwiązań. Zauroczenie zasługuje na uwagę. Może nie odniesie sukcesu kasowego w postaci poświęconych mu dzieł, ale warto czasem ponieść się emocjom, nawet a może szczególnie tym słabszym.
Lepiej powiedzieć szczere "bardzo cię lubię" niż palnąć bez namysłu "kocham cię". Jeśli myślicie, że te dwa proste zdania oznaczają to samo, dla mnie jest to znak, że bez potrzeby się tu produkuję w pocie czerwcowego słońca. Mam jednak nadzieję, że mililitry straconej wody przyniosły jakieś efekty.
I tak nawiasem - dzięki panie Iks. Fajny z Ciebie gość, i dzięki Tobie wyszedł mi całkiem sensowny artykuł.
Dziękuję za uwagę.
***************************************************************
Na potrzeby tego artykułu mój prywatny obiekt westchnień nazwijmy Iksem.
Z góry wyjaśniam, że ów wywód nie jest moją potrzebą wypłakania się w rękaw internautów, ale przemyśleniami na powyższy temat.
***************************************************************
Nie jesteśmy robotami zaprogramowanymi do wykonywania rutynowych czynności: spania, jedzenia, nauki, pracy czy zanieczyszczania środowiska gazami własnej produkcji. W zamyśle Boga Stwórcy było uczynienie nas istotami myślącymi, mającymi wolną wolę i zdolność do odczuwania i okazywania uczuć. Jednak jak to bywa, ten idealny projekt miał pewne wady produktu, których nawet Wszystkowiedzący nie mógł przewidzieć i których reklamacji nie mógł zgłosić, ponieważ, no cóż, nie ma na to gwarancji. Miłość, która miała zabierać do krainy wiecznej szczęśliwości, niejednokrotnie zadawała rany, a wyższe wartości straciły na swej potędze. Nie oznacza to jednak, że okres ich świetności przeminął, o nie. Wytworzyły się podrzędne uczucia. Jak na przykład zauroczenie.
Iks nie jest jakimś królikiem doświadczalnym. Mówiąc językiem kolokwialnym - zabujałam się w nim. Nie oznacza to, że jest moim księciem na białym ogierze, a raczej czarnym BMW. Najzwyczajniej w świecie mi się podoba. Przypuszczam, że nie muszę tego tłumaczyć. Iks jest słodki, słucha mamy, pochłania ogromne ilości jedzenia, a i tak wygląda jak patyk, ciągle się śmieje, jakby cały ten świat był dla niego jednym wielkim żartem, a jego dom wygląda jak żywcem wyciągnięty z "M jak mieszkanie".
Moje gruczoły ślinowe przyśpieszają obroty, gdy go widzę, a puls przyśpiesza, gdy ten idzie sobie chodnikiem, albo gdy przy jego imieniu w komunikatorze Gadu-Gadu zapala się to zbawienne żółte słoneczko. Tak mniej więcej wygląda reakcja mojego organizmu. A umysł? Myślę o nim. Często. Skąd wiem, że to nie miłość? Bo potrafiłabym bez niego żyć. Nie piszę piosenek ku chwale jego osoby ani nic w tym stylu. Cieszę się jego widokiem, ale to było tyle. Taki stan rzeczy mi odpowiada.
Zauroczenie to piękna rzecz. Zlinczujcie mnie albo spalcie na stosie niczym czarownice z Salem za to zdanie, ale go nie cofnę. Po co mieszać w to podniosłe słowa, skakanie z mostu czy kulki w łeb (aluzja do "Romea i Julii" w wersji DiCaprio i Deynes), skoro istnieje zauroczenie? Iks dał mi dowód, że prostsze rzeczy bywają lepsze. Nie chodzi tu oczywiście o różnicę między keksem czy tortem, tylko o miłość. Opiewana przez tyle lat zawsze chwyta serca, wyciska łzy, zakłada na nos różowe okulary.
Jest piękna i okrutna. Już raz dałam się jej uwieść, i nie mówię, że nie zrobię tego ponownie, ale na dzień dzisiejszy wolę jej bezpieczniejszą wersję. Do miłości muszę jeszcze dojrzeć, by móc traktować ją poważnie i z należytym jej szacunkiem, mimo, że jest suką. Mając te naście lat nie wie się jeszcze tylu rzeczy…
Niewątpliwie wnioski po przeczytaniu powyższych słów nasuną się same. Mój obraz w Waszych głowach będzie klarowny - strzała Amora spudłowała w moim przypadku, a kiedy chciałam dorwać tego małego drania z łukiem w ręku i debilnym uśmiechem na ustach, skubaniec znalazł drogę ucieczki. Pewnie Was zaskoczę, ale nie miałam potrzeby robienia z głowy bożka miłości wypchanego trofeum na ścianę. Nie jestem też zwolenniczką prostszych rozwiązań. Zauroczenie zasługuje na uwagę. Może nie odniesie sukcesu kasowego w postaci poświęconych mu dzieł, ale warto czasem ponieść się emocjom, nawet a może szczególnie tym słabszym.
Lepiej powiedzieć szczere "bardzo cię lubię" niż palnąć bez namysłu "kocham cię". Jeśli myślicie, że te dwa proste zdania oznaczają to samo, dla mnie jest to znak, że bez potrzeby się tu produkuję w pocie czerwcowego słońca. Mam jednak nadzieję, że mililitry straconej wody przyniosły jakieś efekty.
I tak nawiasem - dzięki panie Iks. Fajny z Ciebie gość, i dzięki Tobie wyszedł mi całkiem sensowny artykuł.
Dziękuję za uwagę.
















