Z pamiętnika salezjańskiego pracownika
KarolinaKiepas - artukuł dodany 2008-09-30 10:13
7
5.0
1985
Przychodzi taki czas w życiu młodego człowieka, kiedy postanawia odrobinę się usamodzielnić. Może na przykład, jak ja, poszukać wakacyjnej pracy. Żeby zarobić trochę grosza, zdobyć doświadczenie i mieć pierwszy poważny wpis do CV.
Jeśli ktoś twierdzi, że w Polsce rynek pracy jest ubogi to albo nie ma dostępu do Internetu albo nigdy nie zainteresował się stanem faktycznym sprawy. Na każdej stronie Powiatowego Urzędu Pracy (PUP) znajdziemy mnóstwo ofert pracy zarówno tymczasowej, jak i stałej. Co prawda wymaga to chwili cierpliwości, by przewertować całą listę propozycji pracy dla tynkarzy, programistów i obsługi pola namiotowego, ale naprawdę warto.
Mnie interesowała praca na miesiąc nad morzem ? byłam w trakcie wyrabiania niezbędnej do roboty w garach tzw. "książeczki sanepidowskiej" czyli dokumentu stwierdzającego brak pałeczek Salmonelli w moim organizmie, więc gastronomia stała przede mną otworem.
Pierwszym miejscem, gdzie uderzyłam było Młodzieżowe Biuro Pracy (MBP) w moim mieście (w Polsce jest ich 50). Zarejestrowałam się i miałam czekać na telefon. A że bierności nie lubię, zaczęłam szukać na własną rękę w Internecie. Znalazłam więc mnóstwo ofert do pracy w budzie z kebabami, jako atrakcyjna kelnerka w klubie na plaży czy przy sprzedaży gofrów i hamburgerów? Najciekawszą propozycją wydało mi się ogłoszenie zamieszczone w Internecie na jednej ze stron oferujących pracę sezonową nad morzem o treści: "Poszukuję młodej dziewczyny do pracy jako pomoc kuchenna (głównie przy sprzątaniu sali po posiłkach). Wymagane doświadczenie i średnie wykształcenie." Autentyk. Trochę się zasmuciłam, bo oprócz bycia młodą dziewczyną nie spełniam żadnego więcej warunku. Posłałam więc kilka (-naście?) egzemplarzy CV pod różne adresy mailowe, zamieszczając odpowiednie zdjęcia, w zależności od rodzaju wykonywanej pracy: te z uśmiechem do barów i bardziej poważne do pensjonatów. I znów miałam czekać?
Po tygodniu ponownie zajrzałam do Młodzieżowego Biura Pracy po jakieś informacje. I słusznie. Potrzebowano sprzedawcy do stoiska z fast-foodami i goframi nad jeziorem. Praca z ludźmi, na świeżym powietrzu. Bomba! Dostałam numer telefonu do pani, która miała mnie zatrudnić. Zadzwoniłam, umówiłyśmy się na telefon zwrotny za kilka dni, by umówić się na spotkanie. Po tygodniu "zwrotny" nie nastąpił, więc sama wybrałam numer mojego przyszłego pracodawcy. "Abonent czasowo niedostępny". Trudno. Znów kieruję kroki do MBP.
"O, Karolinka!" ? witają mnie panie tam pracujące.
"Ja cie..." ? myślę sobie" - jeśli poznają mnie po imieniu, to chyba znak, że trzeba tu rzadziej wpadać?"
Przedstawiłam sytuację z moją przyszłą pracodawczynią i poprosiłam o pomoc. Przy mnie jedna z pań pracujących w MBP wykonała telefon do głównej bohaterki zamieszania i otrzymała informację, że pani pamięta moje nazwisko i że jutro zadzwoni. Więc znów czekam. W tzw. międzyczasie otrzymałam ofertę pracy w Ustce jako obsługa sztucznego lodowiska, lecz bez zakwaterowania? W stylu salezjańskim byłoby szukać noclegu za "Bóg zapłać" na jedną noc, ale na miesiąc??! Odpada.
Telefonu od pani ze stoiska z kebabami nie otrzymałam, a po ostatniej wizycie w MBP powiedziałam sobie, że pracę znajdę, choćby nie wiem co. Spróbowałam więc sił w dużej sieci restauracji szybkiej obsługi. Ściągnęłam aplikację z Internetu, zaznaczyłam w jakie dni chciałabym pracować, zostałam umówiona na spotkanie z kierownikiem placówki i następnego dnia stawiłam się o 10.00 w restauracji na rozmowie.
- Dlaczego Pani nie chce pracować w niedziele? ? usłyszałam, gdy pokazałam Panu Kierownikowi podanie o pracę.
- Bo jest to niezgodne z moją religią.
- No ale przecież są też msze o 18 czy 19? Zdąży pani.
- Proszę pana. Nie chodzi o to, bo na mszę to ja zawsze zdążę. Nie chcę i nie będę pracowała w niedziele.
- Ah? No dobrze. Ale widzi pani. Ja już mam komplet pracowników sezonowych, więc może stawi się pani we wrześniu i zatrudnię panią na ? etatu. A nie...! Jak pani nie pracuje w niedziele, to nawet nie wyjdzie ? ?
Grzecznie się pożegnałam i tyle było mojej pracy przy frytkach.
Jako że bestia uparta ze mnie i miałam przed sobą cały Boży dzień, pospacerowałam po centrum miasta w celu znalezienia oferty pracy bezpośrednio w miejscu pracy czyli w sklepach, budach z fast-foodami itp. I co?
Znalazłam! "Zatrudnię sprzedawcę. Może być do przyuczenia". Nie jest to takie proste jak wydaje się na ogłoszeniu. Pracodawcy zatrudnią chętnie, owszem, ale osoby zarejestrowane na bezrobociu, a nie uczniów szkół średnich. Wiąże się to z ulgami podatkowymi jakie mogą uzyskać pracodawcy z tytułu zatrudnienia takiej osoby. A że dzięki mnie pracodawca nie doposaży sobie miejsca pracy, więc pod tym względem nie jestem atrakcyjnym pracownikiem.
Po 3 godzinach poszukiwań na mieście zrezygnowana wsiadłam do autobusu. Do domu, nie inaczej. I tak spotkałam znajomego, który jednym telefonem do mamy uzyskał wiadomość o wolnych wakatach dla pokojówek w ośrodku wypoczynkowym koło mojego miasta. Przyjechałam do domu, przygotowałam CV, poprosiłam dziadka o podwiezienie do mojej "ostatniej deski ratunku" i? po trzydziestu minutach został mi wyznaczony pierwszy dzień pracy. Uzyskałam zadowalającą mnie stawkę 8 zł za godzinę, możliwość dorabiania sobie w czasie roku szkolnego w weekendy, posiłek w pracy, transport do miejsca pracy i z powrotem, w zamian za pełną dyspozycyjność w czasie miesiąca pracy i nienaganną kondycję fizyczną (80 luster dziennie i 100 łóżek do przebrania to nie byle wyzwanie?!)
Po powrocie do domu zadzwoniłam do MBP, żeby zapewnić już zaprzyjaźnione ze mną panie, że nie będę ich więcej nachodzić. Usłyszałam: "Widzisz kochana! Do wytrwałych i odważnych świat należy." Amen.
Przepracowałam miesiąc i dziś wiem, że:
1. żeby nie pracować fizycznie w pocie czoła należy się zdrowo przykładać do nauki.
2. moja mama jest najcudowniejszym Bożym stworzeniem, bo po 12 godzinach pracy ma czas, żeby zrobić obiad, poprasować, posprzątać, wyjść z mężem, posłuchać co starsza córka robiła w ciągu dnia i pomóc w nauce młodszej córce?
3. pieniądz zarobiony własnymi siłami i z trudem - nie wychodzi tak łatwo z portfela?
4. rodzina w życiu każdego człowieka jest skarbem niedocenianym. Gdy przez 72 godziny nie widziałam się z nikim z rodziny, bo mijaliśmy się z wyjściami i powrotami do domu, zatęskniłam za chociażby "nie depcz, bo mokra podłoga?!"
5. nawet jeśli wymagana jest od Ciebie pełna dyspozycyjność, jesteś w stanie "wyskoczyć" nad morze. I nie ważne, że będzie już grubo po północy, a morza wcale nie będzie widać. Ważne, że są ludzie, na których zawsze można liczyć.
Jeśli ktoś twierdzi, że w Polsce rynek pracy jest ubogi to albo nie ma dostępu do Internetu albo nigdy nie zainteresował się stanem faktycznym sprawy. Na każdej stronie Powiatowego Urzędu Pracy (PUP) znajdziemy mnóstwo ofert pracy zarówno tymczasowej, jak i stałej. Co prawda wymaga to chwili cierpliwości, by przewertować całą listę propozycji pracy dla tynkarzy, programistów i obsługi pola namiotowego, ale naprawdę warto.
Mnie interesowała praca na miesiąc nad morzem ? byłam w trakcie wyrabiania niezbędnej do roboty w garach tzw. "książeczki sanepidowskiej" czyli dokumentu stwierdzającego brak pałeczek Salmonelli w moim organizmie, więc gastronomia stała przede mną otworem.
Pierwszym miejscem, gdzie uderzyłam było Młodzieżowe Biuro Pracy (MBP) w moim mieście (w Polsce jest ich 50). Zarejestrowałam się i miałam czekać na telefon. A że bierności nie lubię, zaczęłam szukać na własną rękę w Internecie. Znalazłam więc mnóstwo ofert do pracy w budzie z kebabami, jako atrakcyjna kelnerka w klubie na plaży czy przy sprzedaży gofrów i hamburgerów? Najciekawszą propozycją wydało mi się ogłoszenie zamieszczone w Internecie na jednej ze stron oferujących pracę sezonową nad morzem o treści: "Poszukuję młodej dziewczyny do pracy jako pomoc kuchenna (głównie przy sprzątaniu sali po posiłkach). Wymagane doświadczenie i średnie wykształcenie." Autentyk. Trochę się zasmuciłam, bo oprócz bycia młodą dziewczyną nie spełniam żadnego więcej warunku. Posłałam więc kilka (-naście?) egzemplarzy CV pod różne adresy mailowe, zamieszczając odpowiednie zdjęcia, w zależności od rodzaju wykonywanej pracy: te z uśmiechem do barów i bardziej poważne do pensjonatów. I znów miałam czekać?
Po tygodniu ponownie zajrzałam do Młodzieżowego Biura Pracy po jakieś informacje. I słusznie. Potrzebowano sprzedawcy do stoiska z fast-foodami i goframi nad jeziorem. Praca z ludźmi, na świeżym powietrzu. Bomba! Dostałam numer telefonu do pani, która miała mnie zatrudnić. Zadzwoniłam, umówiłyśmy się na telefon zwrotny za kilka dni, by umówić się na spotkanie. Po tygodniu "zwrotny" nie nastąpił, więc sama wybrałam numer mojego przyszłego pracodawcy. "Abonent czasowo niedostępny". Trudno. Znów kieruję kroki do MBP.
"O, Karolinka!" ? witają mnie panie tam pracujące.
"Ja cie..." ? myślę sobie" - jeśli poznają mnie po imieniu, to chyba znak, że trzeba tu rzadziej wpadać?"
Przedstawiłam sytuację z moją przyszłą pracodawczynią i poprosiłam o pomoc. Przy mnie jedna z pań pracujących w MBP wykonała telefon do głównej bohaterki zamieszania i otrzymała informację, że pani pamięta moje nazwisko i że jutro zadzwoni. Więc znów czekam. W tzw. międzyczasie otrzymałam ofertę pracy w Ustce jako obsługa sztucznego lodowiska, lecz bez zakwaterowania? W stylu salezjańskim byłoby szukać noclegu za "Bóg zapłać" na jedną noc, ale na miesiąc??! Odpada.
Telefonu od pani ze stoiska z kebabami nie otrzymałam, a po ostatniej wizycie w MBP powiedziałam sobie, że pracę znajdę, choćby nie wiem co. Spróbowałam więc sił w dużej sieci restauracji szybkiej obsługi. Ściągnęłam aplikację z Internetu, zaznaczyłam w jakie dni chciałabym pracować, zostałam umówiona na spotkanie z kierownikiem placówki i następnego dnia stawiłam się o 10.00 w restauracji na rozmowie.
- Dlaczego Pani nie chce pracować w niedziele? ? usłyszałam, gdy pokazałam Panu Kierownikowi podanie o pracę.
- Bo jest to niezgodne z moją religią.
- No ale przecież są też msze o 18 czy 19? Zdąży pani.
- Proszę pana. Nie chodzi o to, bo na mszę to ja zawsze zdążę. Nie chcę i nie będę pracowała w niedziele.
- Ah? No dobrze. Ale widzi pani. Ja już mam komplet pracowników sezonowych, więc może stawi się pani we wrześniu i zatrudnię panią na ? etatu. A nie...! Jak pani nie pracuje w niedziele, to nawet nie wyjdzie ? ?
Grzecznie się pożegnałam i tyle było mojej pracy przy frytkach.
Jako że bestia uparta ze mnie i miałam przed sobą cały Boży dzień, pospacerowałam po centrum miasta w celu znalezienia oferty pracy bezpośrednio w miejscu pracy czyli w sklepach, budach z fast-foodami itp. I co?
Znalazłam! "Zatrudnię sprzedawcę. Może być do przyuczenia". Nie jest to takie proste jak wydaje się na ogłoszeniu. Pracodawcy zatrudnią chętnie, owszem, ale osoby zarejestrowane na bezrobociu, a nie uczniów szkół średnich. Wiąże się to z ulgami podatkowymi jakie mogą uzyskać pracodawcy z tytułu zatrudnienia takiej osoby. A że dzięki mnie pracodawca nie doposaży sobie miejsca pracy, więc pod tym względem nie jestem atrakcyjnym pracownikiem.
Po 3 godzinach poszukiwań na mieście zrezygnowana wsiadłam do autobusu. Do domu, nie inaczej. I tak spotkałam znajomego, który jednym telefonem do mamy uzyskał wiadomość o wolnych wakatach dla pokojówek w ośrodku wypoczynkowym koło mojego miasta. Przyjechałam do domu, przygotowałam CV, poprosiłam dziadka o podwiezienie do mojej "ostatniej deski ratunku" i? po trzydziestu minutach został mi wyznaczony pierwszy dzień pracy. Uzyskałam zadowalającą mnie stawkę 8 zł za godzinę, możliwość dorabiania sobie w czasie roku szkolnego w weekendy, posiłek w pracy, transport do miejsca pracy i z powrotem, w zamian za pełną dyspozycyjność w czasie miesiąca pracy i nienaganną kondycję fizyczną (80 luster dziennie i 100 łóżek do przebrania to nie byle wyzwanie?!)
Po powrocie do domu zadzwoniłam do MBP, żeby zapewnić już zaprzyjaźnione ze mną panie, że nie będę ich więcej nachodzić. Usłyszałam: "Widzisz kochana! Do wytrwałych i odważnych świat należy." Amen.
Przepracowałam miesiąc i dziś wiem, że:
1. żeby nie pracować fizycznie w pocie czoła należy się zdrowo przykładać do nauki.
2. moja mama jest najcudowniejszym Bożym stworzeniem, bo po 12 godzinach pracy ma czas, żeby zrobić obiad, poprasować, posprzątać, wyjść z mężem, posłuchać co starsza córka robiła w ciągu dnia i pomóc w nauce młodszej córce?
3. pieniądz zarobiony własnymi siłami i z trudem - nie wychodzi tak łatwo z portfela?
4. rodzina w życiu każdego człowieka jest skarbem niedocenianym. Gdy przez 72 godziny nie widziałam się z nikim z rodziny, bo mijaliśmy się z wyjściami i powrotami do domu, zatęskniłam za chociażby "nie depcz, bo mokra podłoga?!"
5. nawet jeśli wymagana jest od Ciebie pełna dyspozycyjność, jesteś w stanie "wyskoczyć" nad morze. I nie ważne, że będzie już grubo po północy, a morza wcale nie będzie widać. Ważne, że są ludzie, na których zawsze można liczyć.
















